4 lipca 2012

Łąka…

 
Czy pamiętasz, jak głowę wynurzyłeś z boru,
Aby nazwać mnie Łąką pewnego wieczoru?
 Zawołana po imieniu
 Raz przejrzałam się w strumieniu —
I odtąd poznam siebie wśród reszty przestworu.

Przyszły do mnie motyle, utrudzone lotem,

Przyszły pszczoły z kadzidłem i myrrą i złotem,
 Przyszła sama Nieskończoność,
 By popatrzeć w mą zieloność, —
Popatrzyła i odejść nie chciała z powrotem...

Kto całował mak w zbożu — nie zazna niedoli!
Trawa z ziemi wyrwana pachnie, lecz nie boli...
 Kocham stopy twoje bose,
 Że deptały kruchą rosę,
Rozróżniając naoślep chabry od kąkoli.

Niechże sen twój wędrowny zielenią poprzedzę!

Weź kwiaty w jedną rękę, a w drugą weź miedzę,
 Połóż kwiaty na rozstaju,
 Zwilżyj miedzę w tym ruczaju,
Co wie o mnie, że trawą brzeg jego nawiedzę.

Już słońce mimochodem do rowu napływa,
Skrzy się łopuch kosmaty i bujna pokrzywa, —
 Jeno pomyśl, że ci wolno
 Kochać łątkę i mysz polną
I przepiórkę, co z głuchym trzepotem się zrywa!

Idzie miłość po kwiatach — wadzi o twe ciało,

Zważaj, by ci przed czasem w słońcu nie zemdlało.
 W mojej rosie, w moim znoju
 Podostatkiem masz napoju
Dla wargi, przeciążonej purpurą dojrzałą.

Cień twej głowy do moich przybłąkał się cieni.

Wiem, że w oczach nie zdzierżysz tej wszystkiej zieleni,
 A co w oku się nie zmieści,
 To się w duszy rozszeleści!
Jeszcze dusza ci nieraz żywcem się odmieni.

Parna ziemia przez kwiaty żar dzienny wydycha,

Uschły motyl zesztywniał wśród jaskrów kielicha, —
 Oczarujmy się nawzajem,
 Zaskoczeni nagłym Majem, —
Maj się chyli ku nocy i miłość nacicha...
 Rumianki

Nie nacicha ta miłość, co nie zna rozłąki!

Usta moje i piersi spragnione są Łąki!
 Tam mój obłęd i ostoja,
 Gdzie ty szumisz, Łąko moja!
Jakże pachną rozprute według ściegów pąki!

Rosą zwilżyj mi rzęsy, skostniałe od skwaru,
Zgłuchłe uszy orzeźwij falą twego gwaru,
 A ja w kwiatach spodem dłoni
 Nauzbieram różnej woni
I omyję twarz spiekłą w źródłach twego czaru.

Nie przeciwiąc się trawom, obnażę się cały,

Aby mnie tchnienia twoje, jak wierzbę, przewiały,
 A ty paruj tym oparem,
 Co pokłębił się nad jarem,
Niby przed snem zrzucony twój przyodziew biały.

Ucałować mi rąbki tego przyodziewu,

Że pełen twojej woni i twego przewiewu,
 I zawiesić mi go potem
 Na tej brzozie popod płotem
I zamierać pod brzozą od własnego śpiewu.

Dzisiaj chatę zamiotłem w jedno okamgnienie,

Z czworga kątów różami wypłoszyłem cienie,
 A próg, zdobny pajęczyną,
 Namaściłem suto gliną
I wodą moje pylne skropiłem przedsienie.

Jużem sobie nie szczędził radosnych zabiegów,

Wypiekając chleb z mąki, srebrzystszej od śniegów,
 A tę ławę, tę — dębową
 Przesłoniłem chustą nową,
Co się cała zieleni, krom czerwonych brzegów.

Będę czekał na ciebie z dłonią na zasuwie,
Zasłyszawszy twój szelest, z nóg zdejmę obuwie,
 Wyjdę bosy na spotkanie,
 Śpiewający niespodzianie,
A, śpiewając, pomyślę, że pacierze mówię.

Wyślij pierwej z nowiną co najlichsze ziele,

Potem sama się przybliż z kwiatami na czele, —
 Pędząc przed się wonne kwiaty,
 Wnijdź do wnętrza mojej chaty.
Bo chcę tobie sam na sam opowiedzieć wiele.
 Przez łąki i pola

Weszłabym do twej chaty, gdy mgły się postronią,

Lecz nie wiem, czy się zmieszczę wraz z rosą i błonią.
 Pierwej z niebem posąsiaduj,
 Wszystkie cuda poodgaduj,
Nim napełnisz tę chatę miłością i wonią!

Jeszczem ja w żadnej chacie dotąd nie bywała,

Wiem tylko, że przez szyby widnieję — niecała.
 Jakże cała poprzez drogę
 Do twej chaty wbiegnąć mogę?
Od naporu zieleni runie ściana biała!

Nie umawiaj się ze mną pod żadnym jaworem,

Bym ciebie nie dosięgła szumem a przestworem, —
 To, co szum wyśpiewa gwarnie,
 Przestwór znajdzie i ogarnie!
A chata twoja stoi przede mną — otworem...

Mocniej zioła zapachną w cztery świata strony,
Gdy, zbliżywszy je do ust, spojrzysz w nieboskłony...
 Czy ta sama noc na niebie
 Osłoniła mnie i ciebie,
Czy dwie noce odmienne, dwie różne zasłony?

A jeżeli dwie różne o różnem przezroczu,

Nie pokładźmy ich przeto w rosie — na uboczu,
 Odmiennemi zasłonami
 Powiewajmy nad drzewami,
Byśmy siebie nawzajem nie stracili z oczu!

Ja tu — na dnie zieleni, pod powierzchnią rosy,

A ty tam, kędy dla mnie kończą się niebiosy,
 Czy się kończą, czy nie kończą, —
 Śpiewaj zowąd pieśń skowrończą,
Podzwaniając mi ostrzem rozbłyskanej kosy.

Kosą grozi twa miłość, co pożera kwiaty,

Sierpem zgarniasz do duszy mych maków szkarłaty,
 Lecz miłości się nie boję,
 Jeno w zgrozie ci dostoję,
Bo i Bogu jest słodki powiew mojej szaty!

Porwij-że mnie ku sobie, jeślić starczy mocy!

Lecz co pocznie beze mnie ten wicher sierocy?
 Chyba wstrzymam dla poznaki
 Popod chatą wszystkie maki,
Aby mógł mnie, gdy zechce, odnaleźć po nocy.

Makowe pole

Nie odnajdzie cię wicher, mrokiem ociemniały!

Rozweselił się błękit, gwiazdy pomłodniały!
 Opętały moją głowę
 Przywidzenia kalinowe,
Że rozkwitam tej nocy, niby krzew zuchwały.

A nie było na ziemi tak zmyślnego krzewu,

Noc się chwieje na strony od jego zachwiewu, —
 Wonna liściem i żywicą
 Stań-że, duszo, nad krynicą,
Spójrz, czyś dosyć podobna zielonemu drzewu?

Przystroimy się wzajem! Śpi w tumanie rzeka,

Śpi kałuża pod płotem, śpi sad i pasieka,
 Baczmyż przez ten wieczór cały,
 By się okna nie pospały
I drzwi chaty znużonej, co na radość czeka.

Przyjdzie radość tym szlakiem, który jej się zdarzy, —

Bądźmy zawsze gotowi i zawsze na straży.
 Księżyc utkwi ponad studnią,
 Gwiazdy w mroku się zaludnią
Snem, co jeszcze daleki, choć się zbliska marzy.

Za daleka mi byłaś wpośród kwiatów cienia

Łąko — zielona Łąko, szumna od istnienia!
 Chcę, byś była taka bliska,
 Jak ta łza, co gardło ściska,
Kiedy w niem się zapóźni śpiew twego imienia!

Zapóźniła się miłość, szukająca łona,
A któż taką spóźnioną na rosach pokona?
 Straszno łodzią w świat popłynąć
 I z miłości nie zaginąć
W tych falach, gdzie się tężą piersi i ramiona!

I w północnej ochłodzie dość dla mnie upału!

Idę, Łąko, ku tobie brzegiem mego szału.
 Ani zbrojny, ani konny,
 Z ramion twoich wyjdę — wonny
I duchem zroszonemu uśmiechnięty ciału!

Sama chata rozwarła drzwi oścież ku wiośnie,

Wnijdź-że teraz pociemku — nagle i zazdrośnie!
 Drzwi klonowe zamknę szczelnie
 I zaśpiewam nieśmiertelnie,
A potem spojrzę w ciebie nawskroś i bezgłośnie!
 

Byłoż owo, nie było? Opowiedz nam, bracie,

Co się nocy dzisiejszej działo w twojej chacie?
 Widzieliśmy, ludzie prości,
 Niepojętość Zieloności
Za oknami — na ścianach i na twojej szacie.

Mówimy śpiewający, bo łatwiej przy śpiewie

Mówić o tem, co było, a czego się nie wie...
 Psy, poległe nad potokiem,
 Poglądały ludzkim wzrokiem,
I wzrok ludzki był w gwiazdach i w tem ślepem drzewie.

A zasię w naszych oczach były gwiezdne znaki,
I nie mogliśmy poznać, gdzie ludzie, gdzie maki.
 Wszystko wokół było — gwiezdne
 I odlotne i odjezdne,
Gromadzące się w białe nad ziemią orszaki.

I zdawało się wszystkim, że coś w niebie woła,

A zielona się światłość jarzyła dokoła,
 Sny się wzajem pobudziły,
 Ludzkie ciała opuściły
I pobiegły śnić w kwiaty i w najmniejsze zioła.

W nagłym pląsie skrzypnęły wszystkie kołowroty,

Zahuczały te groble, śpiewne od niemoty,
 I w powietrzu było cudno,
 Niby ludno, choć bezludno,
Jakby w niem się roiło od świąt i tęsknoty.

A na przeciąg tej nocy za sennem zrządzeniem

Każdy przezwał się innem wobec gwiazd imieniem,
 Więc, gdy świt ozłocił dymy,
 Ujrzeliśmy, że klęczymy,
Nie wiedząc, jak i kiedy zdjęci zapatrzeniem.

Powiedz nam, co się stało w tem polu, czy w lesie,

Że się dotąd czujemy, jakoby w bezkresie,
 A wyjednaj nam u kwiatów
 Rozszerzenie ziemskich światów
Aż po owe oddale, dokąd oczom chce się...

I objaśnij nam potem słów śpiewną wspomogą,

Co rozbłysło w twej chacie ponad ciemną drogą?

 Czy ją naszła piękna zmora,
 Wykrzesana z wód jeziora,
Czy sen owy, co śni się w polu bez nikogo?
Łąka w okolicach Damasławka

Ani zmora z jeziora, ani sen skrzydlaty

Lecz Łąka nawiedziła wnętrze mojej chaty!
 Trwała ze mną na tej ławie,
 Rozmawiając głośno prawie, —
Na ścianach moich — rosa, na podłodze — kwiaty...

Nie grążyłem ja w niebie ni steru, ni wiosła,

Lecz mnie radość swym prądem zmiotła i uniosła.
 Wieczność ku nam znikąd zbiegła,
 U stóp naszych, warcząc, legła,
A pierś moja tej nocy chabrami porosła.

I było już wiadomo, że pułap sosnowy

Wonnym deszczem, jak obłok, pokropi nam głowy,
 Bo nie snem się sny płomienią,
 Jeno deszczem i zielenią, —
Duch mi zbłąkał się w ciele, jak wpośród dąbrowy.

Przeto Bóg, co mnie stworzył, zbladł podziwem zdjęty,

Żem uszedł jego dłoniom w tych pokus odmęty!
 W kształt mię ludzki rozżałobnił,
 A jam znów się upodobnił
Kwiatom i wszelkim trawom i źdźbłom gorzkiej mięty.

Nawołujcie się ludzie, pod jasnym lazurem,

Chórem w światy spojrzyjcie, zatrwóżcie się chórem!

 Miłość, wichrem rozpędzona,
 Wszystko złamie i pokona,
Zaś tych, co się sprzeciwią, w śnie skrępuje sznurem!

A opaszcie świat cały ścisłym korowodem,

Aby wam się nie wymknął, schwytany niewodem...
 Zapląsajcie, zaśpiewajcie,
 Pieśnią siebie wspomagajcie,
Toć wejdziemy w świat — próżnią, aby wyjść — ogrodem!

Niechaj dusza wam będzie błękitami czynna,

Stoi przed nią otworem ta jasność gościnna,
 Czegokolwiek zażądacie,
 To się zjawi w waszej chacie,
Bo nastała godzina taka, a nie inna...

Ludzie — mgły, ludzie — jaskry i ludzie — jabłonie,

Rozwidnijcie się w słońcu, boć napewno płonie!
 Dla mnie — rosa, dla mnie — zieleń,
 Dla was — nagłość rozweseleń,
A kto pieśni wysłuchał — niech mi poda dłonie!
Bolesław Leśmian


 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz