23 lutego 2012

Pałace miłości



1. Zapalasz lampkę.
Noc w nas się rozjaśnia.
Między mną a cieniem,
jest moje pragnienie.
Miedzy tobą a cieniem,
nieskończoność.
Taka też różnica

nas tak bardzo zbliża.

2.
Dłoń twoja,
ślad odciśnięty na brzegu morza,
to nie tylko miłość.
Tak mi w moim cieniu
brakuje słońca,
że zatracony w uścisku
tak szczerym jak słowo
chleb,
powiesz,
przyjdź bym mogła
ciebie ugasić.

3.
Brzeg szklanki z wodą
całuję jak obcą kobietę.
Pragnienie,
to tylko oszukiwanie złudzeń.
Obłoki, wiatr, konary drzew.
Światło gubi się wśród cieni.

Zawsze przerastał mnie pusty dom.
Musiałem go obudzić,
muzyką, głosem dzieci, miauczeniem kota.
Z połamanych gałęzi roznieciłem
wątły ogień, który powoli strawił
moje myśli, słowa, dłonie.

Na brzegu szklanki

odciśnięty ślad ust.
Resztka wody na dnie.
Wiecznie obudzone pragnienie.

4.
Gorące obiady.
Przychodzę. Drewno stołu.
Białe obrusy ponad milczenie.
Moje dłonie, by słowo w ciało.
Przemieniam się w sobie.

Swoich modlitw sam nawet nie znam,
tak uciekam wieczorem, rano i w dzień.
Treść życia mnie wypełnia i pochłania.

W ciepłej zadumie patrząc przez okno,

Śledzę lot kamiennych ptaków.
Mieszkalnych betonowych bloków

na kolanach.



5.
Wargi twoje rozchwytane.
Zgaszone pragnienie.
Biel skóry aksamitna otula jak całun.
Żar spopieleje. Siwiejąca skroń.
Jesteś skałą południowych mórz. 

Nagrzana słońcem stygniesz we mnie.
Ptaki ramion stworzone bez skrzydeł.
Fruwające motyle dotyku.
Dom przynosisz mi wiecznie.

6.
Obdarowałaś ciepłem
trzepoczące gesty ptaków,
bezsilnie rozdzierające całun śnieżny,
w gonitwie za bólem sytości.
Gdy dotarłem do twoich piersi,

z tym utajonym lękiem,
nie odnalazłem niczyich śladów,
jakbyś zawsze należała
do mojego głodu.

7.
Tęsknię,
by chłodno odczuć wiersze Dantego,
napić się sonetu Petrarki
i zagryźć Ginsbergiem.
Drzewa toczone przez robactwo,

świecące próchnem,
nagą stopą odciśnięty ślad obecności,
nie przekreślę,
drżącymi wargami wypowiadając to, co czuję.
Ziemia wydaje się zawsze martwa,
lub głucha,
lecz ona jest tylko cierpliwa.
Tak samo jest też z miłością
i chociaż wiedzą o tym tysiące,
tylko jeden na tysiąc
to rozumie.

8.
Kochanie,
to nic,
że człowiek potrafi zabić,
że ubiera maski szyderstwa i cynizmu,
to nic,
że jest człowiekiem.
Rozkwitająca gałąź jabłoni,

a potem ociężała od nadmiaru owoców.
Twoje usta gwałtowne,
jak serce pisklęcia, które wypadło z gniazda,
nie zna jeszcze ciężaru powietrza
pod skrzydłami.
Mówisz,

to nic,
że jesteś zawsze smutny.

9.
W ciszy bioder ukołysałaś dziecię.
Wyczekujemy przełamania światła,
nagłej przemiany. Milczenie
skrytobójczo zarzuciło sieć.
Usiądźmy wokół naszych myśli
Jak siada się do wspólnego obiadu.
Niech cały świat w takiej chwili się dokona,
Gdy sobie oddani,
w ciszy bioder nasłuchujemy życia.

10.
Czy mógłbyś mi opowiedzieć
o pałacach rozkwitu?
O tych wspaniałych przybytkach natury,
o rozkwicie dziewczęcej buzi.
O rozbłyskach źródeł, tak czystej wody,

że można by przywracać wzrok.
Dokąd możesz pójść pielgrzymie życia?

Zdobywco nowych godzin życia
do roztrwonienia.

W pałacach, w których ucztujemy

wieczerzą syci
ktoś gra na gitarze i śpiewa
tak,
aż kwiaty dojrzewają w swoim rozkwicie.


z tomiku "Zapach i smak morza", 2002


Wiesław Ciesielski (ur. 1959)  jest  autorem tomików poezji: „Kraina milczenia” (1986),
„Głód” (1986), „Barłóg” (1989), „Przypowieści o wolności” (1989), „Wielki Ogród Pana Boga” (1990, 2003), „Rozrachunek z Konradem” (1995), „Popielisko” (1999), „Mężczyzna światłoczuły” (2001), „Zapach i smak morza” (2002). Członek Związku Literatów Polskich.

Przesłuchanie Anioła

Kiedy staje przed nimi
w cieniu podejrzenia
jest jeszcze cały
z materii światła

eony jego włosów
spięte są w pukiel
niewinności

po pierwszym pytaniu
policzki nabiegają krwią

krew rozprowadzają
narzędzia i interrogacja

żelazem trzciną
wolnym ogniem
określa się granice
jego ciała

uderzenie w plecy
utrwala kręgosłup
między kałużą a obłokiem

po kilku nocach
dzieło jest skończone
skórzane gardło anioła
pełne jest lepkiej ugody

jakże piękna jest chwila
gdy pada na kolana
wcielony w winę
nasycony treścią

język waha się
między wybitymi zębami
a wyznaniem

wieszają go głową w dół

z włosów anioła
ściekają krople wosku
tworząc na podłodze
prostą przepowiednię
 (Zbigniew Herbert)
Władysław Hasior, "Przesłuchanie anioła", rzeźba, 1980

20 lutego 2012

Tańcz! Parlando ...


Konsekwencje mojego trybu życia;
Gdzie są dzisiaj Luba Cindy Agniecha
(takie imiona przybierały)
I więcej nie wiedziałem nic, no; istny kicz.
Witch była wśród nich najlepsza, jak w powieściach,
Do niej wracałem najczęściej; co za szczęście,
Bezpieczna miłość z panienką
Zawsze gotową pod ręką: po prostu płacisz i masz.
W wykwintnym rynsztunku, w najlepszym gatunku
Pośladki, piersi, twarz; tańcz!

Mijały sobie kiedyś błogie dni, sobota za sobotą.
Wciąż nie wiedziałeś, czyją jest robotą
Strach przed kobietami i pieniędzmi, twój podręcznik
Zawsze gotową miał odpowiedź; cóż słowo, słowa
Tak jak nic potrafią stać się tortury kaligrafią;
Na szczęście inni martwią się już o to,
A twoją cnotą jest niemiłosiernie męski blask; tańcz!

Czasem do ciebie piszę listy, choć ty
Na sposób oczywisty wyrosłaś z tego, co już było;
Miłość nietrwała jest, jak mawiał jeden z tych,
Co skradł twe ciało wtedy, gdy byłaś jeszcze małą
Dziewczynką z zapałkami, gotową oddać się za Chanel 5
Czy coś z tych rzeczy, słusznie zaprzeczysz.
Mnie dziś niezmiernie cieszy fakt,
Że wciąż odmawiasz nam spotkania, że się tak wzbraniasz,
Uznania jestem pełen dla ciebie (zresztą sam już nie wiem),
Cóż, w doli swej nie jestem sam; tańcz!

Nieraz bezczynnie w parku siedzę,
Staram się sobie odpowiedzieć
Jakie motywy miałeś, Jezu, żeby tak skończyć,
Wszak w pacierzu owoc żywota pochwalony;
Chociaż bez żony, dzieci, trwałych środków
(trudno powołać się na przodków) żyłeś,
Wyrzec się ciała, na śmierć skazać
W konszachcie z Ojcem swoim, (Boże?)
To przecież gorzej być nie może
Po takiej pięknej życia drodze.
Tak się ustala każdą skalę, ludzkie
Cierpienie zna swą miarę,
W tym sensie, mój ty słodki Jezu,
W Twoim imieniu po plemieniu jakimś tam;
Nie został dziś najmniejszy ślad; tańcz!

Pieniążki, pieniążki z rączki do rączki,
Z banku na czek. A niech to!
Pieniądz, to dopiero temat,
Nawet sam Mesjasz był na sprzedaż,
Poemat również wyjdzie niezły
Przy potencjale odpowiednim zer po przecinku,
Kilka odcinków o tym jak w krąg triumfuje bzdet i gadżet;
Genialny to jest wynalazek,
Jednoczy wszystkich w znojnym trudzie,
Wszędzie gdzie pieniądz, tam i ludzie,
A ci co w bankach mają tłok, wzrok mogą
Przykuć bez obawy do każdej rzeczy,
Albo nawet w oczy bliźniego zajrzeć
Mimochodem jakby w istocie
Swej banknotem był i niczym więcej;
Panowie, szybciej, ruszać się, w kolejce
Na wolny etat, czyste ręce, sąd też wydatki ma i kat; Tańcz!

Zżyma się często (też mi męstwo) jeden z drugim
Na tę epokę, powiedzcie jak jej dosyć można mieć,
Gdzie spojrzeć krew i klęski żywiołowe
(ciekawe co dziś, klecho, powiesz)
I wszędzie śmierć zagląda w oczy,
No żeby tak psioczyć, tak wybrzydzać,
To przecież wszystko palce lizać,
Zwłaszcza wieczorem przed telewizorem.

Na wytartych schodach, pod niebem starym jak słońce
Stoję; popołudnie gorące pulsuje;
Tak się zaczyna każda misja,
Znaleźć człowieka, swoją przystań,
Urządzić po swojemu fragment świata,
Zbratać się z nim (tak czyń)
I nie żałować słowa dobrego,
Mądrego słowa, po drogach wędrować,
Zrobić co tylko się da, aż się dopełni czas.
Tańcz!

Mirosław Czyżykiewicz .... genialny ....genialny ...niesamowity !!

 Szkoda że Cię tu nie ma  ...

Szkoda, że cię tu nie ma,
szkoda, kochanie.
Siedziałabyś na sofie,
ja - na dywanie,
chustka byłaby twoja,
moja - kapiąca łza,
albo może na odwrót:
płacz ty - pociecha - ja.
Szkoda, że cię tu nie ma,
szkoda, kochanie.
Prowadząc wóz, dłoń kładłbym
na twym kolanie,
udając, że je mylę
z dźwignią, gdy zmieniam bieg.
Wabiłby nas nieznany
lub właśnie znany brzeg.
Szkoda, że cię tu nie ma,
szkoda, kochanie.
Srebrny księżyc na czarnym
nieba ekranie
na przekór astronomom
oddawałbym co noc
na żeton na automat,
by usłyszeć twój głos.
Szkoda, że cię tu nie ma,
na tej półkuli -
myślę, siedząc na ganku w letniej koszuli
i z puszką "Heinekena".
Zmierzch. Krzyk mew. Liści szmer.
Co za zysk z zapomnienia,
jeśli tuż po nim - śmierć?
>>sł. Josif Brodski <<



http://www.czyzykiewicz.com/powitanie/

15 lutego 2012

...kiedy się śmiejesz ....

najbardziej lubię, kiedy się śmiejesz;
staccato dźwięków ostro zmysłowych,
jak gdyby perły ktoś rozsypywał
po szklanej tafli, z bardzo wysoka.

najpierw się uśmiech zapala w oczach
serią złocistych, figlarnych iskier,
później w dół spływa falą łagodną
aż obejmuje każdy cal ciała.

zadrgają usta, zmarszczy się nosek,
piersi spłoszone skoczą jak sarny,
podniecająco brzuszek się trzęsie
a w piruetach ćwiczą się stopy.

łzy rozbawienia wycierasz mówiąc;
„kochanie, znowu mnie rozbawiłeś,
kiedy tak z miną super-poważną
stwierdzasz nie w porę - qui, je t`adore”!


Autor: Vick Thor
Gdy pochylisz nade mną twe usta pocałunkami nabrzmiałe,
usta moje ulecą jak dwa skrzydełka ze strachu białe,
krew moja się zerwie, aby uciekać daleko, daleko
i o twarz mi uderzy płonąca czerwona rzeka.
Oczy moje, które pod wzrokiem twym słodkim się niebią,
oczy moje umrą, a powieki je cicho pogrzebią.
Pierś moja w objęciu twej ręki stopi się jakby śnieg,
i cała zniknę jak obłok, na którym za mocny wicher legł.

10 lutego 2012

Uśmiechy ... Wisława Szymborska


Z większą nadzieją świat patrzy niż słucha.
Mężowie stanu muszą się uśmiechać.
Uśmiech oznacza, że nie tracą ducha.
Choć gra zawiła, interesy sprzeczne,
wynik niepewny - zawsze to pociecha,
gdy uzębienie białe i serdeczne.

Muszą życzliwie pokazywać czoło

na sali obrad i płycie lotniska.
Ruszać się żwawo, wyglądać wesoło.
Ów tego wita, ten owego żegna.
Twarz uśmiechnięta bardzo jest potrzebna
dla obiektywów i dla zbiegowiska.

Stomatologia w służbie dyplomacji

spektakularny gwarantuje skutek.
Kłów dobrej woli i siekaczy zgodnych
nie może braknąć w groźnej sytuacji.
Jeszcze nie mamy czasów tak pogodnych,
żeby na twarzach widniał zwykły smutek.

Ludzkość braterska, zdaniem marzycieli,

zamieni ziemię w krainę uśmiechu.
Wątpię. Mężowie stanu, dajmy na to,
uśmiechać by się tyle nie musieli.
Tylko czasami: że wiosna, że lato,
bez nerwowego skurczu i pośpiechu.
Istota ludzka smutna jest z natury.
Na taką czekam i cieszę się z góry.

8 lutego 2012

Ponad zakres śnieżycy ....



Ponad zakres śnieżycy, ponad wicher i zamieć
Duch mój leci ku tobie w świateł kręgi i smugi.
Czyjaś rozpacz się sili w biały posąg okamieć,
W biały posąg nad brzegiem ociemniałej jarugi.

Odkąd znikłeś w objęciach nie domkniętej w świat bramy,
Odkąd zbladłeś, schorzały moich wspomnień bezsiłą,
Tak się dziwnie nie znamy, tak się strasznie nie znamy,
Jakby nigdy i nigdzie nas na świecie nie było.

Znajdźmy siebie raz jeszcze wśród wichury i cienia,
Zakochajmy się w sobie nad otchłanią wieczoru
Tą miłością powtórną, co już nie chce zbawienia,
Tym pragnieniem ostatnim, co już nie zna oporu!

Zakochajmy się w sobie krwawym serca wyzuciem,
Z tego szczęścia, o którym nie mówmy nikomu,
Zakochajmy się w sobie naszych śmierci przeczuciem,
Dwojga śmierci, co w jednym pragną spełnić się domu.

Rwie się w strzępy wichura, jakby szumna jej grzywa
Rozszarpała się nagle o sękatą głąb lasu.
Życie, niegdyś zranione, z żył we trwodze upływa,
Coraz bardziej na uśmiech brak odwagi i czasu!

Ponad zakres śnieżycy, ponad wicher i zamieć
Duch mój leci ku tobie w świateł kręgi i smugi.
Czyjaś rozpacz się sili w biały posąg okamieć,
W biały posąg nad brzegiem ociemniałej jarugi.

……… Bolesław Leśmian

6 lutego 2012

...... :)


Spotkałem kobietę, ...
niemożliwe!
Jak kot, miękka ostrożna
spotkałem kobietę ...
ciekawe!
I nie ma końca
i nie wiadomo ...spotkam ją jeszcze … Szaloną!
Jakoś w tym świecie przyszła namiętna!
Z ciepłym sercem, łatwopalnym!!!...
spotkałem kobietę ....bardzo delikatną...
jak płatki śniegu.. bardzo smutną…
z trwogą w sercu...
spotkałem kobietę ...bardzo różną...
Jej w opieka... w bezradności mojej..
Kiedy? nie pamiętam ...
nie zauważyłem. I spotkam jeszcze…
czas zniknął ...
To wszystko, co może, zakochałem się?
zakochałem się w jej duszy ulotnej...
spotkałam kobietę! Prawdziwą!
Mój przyjacielu, nie spiesz się,
zadawać pytania ponownie.
Kobieta dla duszy,
to ...bardzo proste.
Było to... w zimowy dzień...
oddychałem świeżością bzu.
Było to... jak twój cień,
lub jako pieśń syreny.
To połączenie... kuszące,
jesteś gotowy aby ?...
spytała - w jednym oddechu
Dzień... jedno bez drugiego...
źle,
kobieta dla duszy...
nie wysłowiona
mój przyjacielu... nie spiesz się ...
po prostu... wszystko...
i tak … trudne …

5 lutego 2012

Makuszyński Kornel jakiego nie znamy ...

...... o tym, jak Śmierć czytała `Żołnierza Polskiego`


Jedzie Śmierć, jedzie Śmierć
Po błoniu, po błoniu
Na żydowskim koniu!
Pędzi, bieży, babsko głupie,
Trzęsie stare kości trupie.
Oj, oj, oj!
Czy nie widzisz, wiedźmo stara,
Ze to polska stoi wiara?
Czyś oślepła, babo, czy co?
Czy nie widzisz, czarownico,
Ze tu polska jest piechota,
Co bagnety ma ze złota?
Czy ci życie już niemiłe,
Ze żydowską gnasz kobyłę
Tam, gdzie polskie tkwią piechury,
Gdzie ci w pysk da poniektóry
I wyśmieje cię niebożę,
Ze ci diabeł nie pomoże?
Patrzą, patrzą... ona jedzie,
Strasznie chuda jędza,
Tak jakoby nędza
Jechała na biedzie.
Mocno dziwią się chłopaki,
Śmiechem ryknął jaki taki,
Bo na Śmierć jedyna rada,
Śmiać się, wtedy wnet przepada.
Zatrzymała szkapę,
Wyciągnęła łapę,
Stoi, stoi ci kaleka,
Niby kłania się z daleka,
Potem miauczy, potem szczeka:
"Drodzy panowie, żołnierze!
Jakżeż wasze cenne zdrowie,
Panowie generałowie?
Przyszłam do was, bo mi smutnie,
I spłakałam się okrutnie:
Ślicznego miałam kochanka,
Diabła miałam, kuternogę,
Lecz powiesił się dziś z ranka,
Więc utulić się nie mogę.
Więc mi przebaczcie, zacnej niebodze,
Że aż tu do was przychodzę,
Lecz widziałam, z daleka niestety,
Ze wam nowe przynieśli gazety.
Oj, najmilsi wy moi panowie,
Niech mi który, nieszczęsnej, odpowie,
Czy z Warszawy nie przyszedł dziś z świeża
Nowy numer "Polskiego Żołnierza"?
Dajcież mi go na jedną niedzielę,
Niech się trochę w smutku rozweselę
I niech sobie przeczytam gdzie w kącie,
Co się u nas tu dzieje na froncie.
Niech przeczytam, co znowu nieskromnie,
Pan Makuszyński napisał o mnie.
Niech sto lat żyje, taki cholera!
Bo chociaż Śmiercią wciąż poniewiera,
Ale wam takie pisze piosenki,
Ze ja, nieboga, choć głos mam cienki,
To czasem śpiewam, w takt bijąc nogą,
I wtedy kosą nie tknę nikogo!"


Żołnierze, dobre chłopaki,
Numer rzucili jej w krzaki.
Chwyciła go Śmierć w pazury
I czym prędzej do lektury!
Siadła w rowie i jak wryta
Czyta, czyta, czyta, czyta...
Przez noc całą aż do rana,
Ona ciągle zaczytana.
To się śmieje, to zagdacze,
To znów stęknie, jak puchacze,
Jęczy, huczy, ryczy, wrzeszczy,
Kicha, miauczy, grzmi i trzeszczy,
Puka, fuka, dymi, chrapie,
Rzęzi, charczę, szczeka, sapie,
Gęga, kwiczy, rży, bulgoce,
Kwacze, pieje, bździ, rechoce,
Gwiżdże, kwili, skwirzy, mlaszcze.
Kwęka, prycha, pluje, klaszcze!
Noc minęła, znowu świta,
A Śmierć czyta, czyta, czyta!
Nie widziała, nie słyszała,
Jak zaczęły huczeć działa,
Trzy dni była zaczytana
Od wieczoru aż do rana.
Trzy dni żołnierz chodził zdrowy,
Włos nikomu nie spadł z głowy,
Tłukł armiejców, jak w moździerzu,
Bo Śmierć nosem tkwi w "Żołnierzu"!


OJCZE NASZ ...




OJCZE NASZ KTÓRYŚ JEST W NIEBIE
wielkim bólem kierowany,
zwracam się do Ciebie,
niepotrzebny i sponiewierany.

ŚWIĘĆ SIĘ IMIĘ TWOJE
przez wieki długie,
wsłuchaj się w wołanie moje,
niewiernego i grzesznego sługi.

PRZYJDŹ KRÓLESTWO TWOJE
wybaw mnie od cierpienia,
zdejmij z barków znoje,
ocal mnie od zapomnienia.

BĄDŹ WOLA TWOJA
butnie zwracam się do Ciebie,
czy Ty słuchasz tych maluczkich,
siedząc w zbytkach tam u siebie ?

JAKO W NIEBIE TAK I NA ZIEMI
czczone imię Twoje,
za dużo mi zabrałeś,
prawdy mówić się nie boję.

CHLEBA NASZEGO POWSZEDNIEGO
nie zabraknie byś był czczony,
nigdy nie wyniszczysz wiernych,
boś z nich wywyższony.

DAJ NAM DZISIAJ
wiarę i nadzieję,
miłość i odwagę,
wszystkie cnoty.

ODPUŚĆ NAM NASZE WINY
bośmy słabsi od Ciebie,
bo brak wiary - wiarą,
zaś słabość - siłą.

JAKO I MY ODPUSZCZAMY
padłszy na kolana,
innym wybaczamy,
pomni nauki pana.

NASZYM WINOWAJCOM
przyjaciołom, wrogom,
wszystkim wybaczamy,
pomni na Twą miłość srogą.
obraz ...  Andrius Kovelinas
Wiersz znaleziony w sieci !. :)

UŁAŃSKA JESIEŃ



Przeżyłem moją wiosnę szumnie i bogato
Dla własnej przyjemności, a durniom na złość,
W skwarze pocałunków ubiegło mi lato
I szczerze powiedziawszy - mam wszystkiego dość...

Ustrojona w purpurę, bogata od złota
Nie uwiedzie mnie jesień czarem zwiędłych kras,
Jak pod szminką i pudrem starsza już kokota,
Na którą młodym chłopcem nabrałem się raz.

A przeto jestem gotów, kiedy chłodną nocą
Zapuka do mych okien zwiędły klonu liść,
Nie zapytam o nic, dlaczego i po co,
Lecz zrozumiem, że mówi: "no, czas bracie iść".

Nie żałuję niczego, odejdę spokojnie,
Bom z drogi mych przeznaczeń nie schodząc na cal
Żył z wojną jak z kochanką, z kochankami - w wojnie
A przeto i miłości nie będzie mi żal...

Bo miłość jest jak karczma w niedostępnym borze,
Do której dawno nie zachodził nikt,
Gdzie wędrowiec wygodne znajdzie czasem łoże,
Ale - własny ze sobą musi przynieść wikt.

A śmierci się nie boję - bo mi śmierć nie dziwna
Nie siałem na nią Bogu nigdy nudnych skarg
Więc kiedy z śmieszną kosą stanie przy mnie sztywna
W dwu słowach zakończymy nasz ostatni targ.

W takt skocznej kul muzyki, jak w tańcu pod rękę
Włóczyłem się ze śmiercią całkiem, za pan brat"
Zdrową głowę wsadzałem jej czasem w paszczękę,
Jak pogromca tygrysom, którym wolę skradł.

A potem mnie wysoko złożą na lawecie
Za trumną stanie biedny sierota mój koń
I wy mnie szwoleżerzy do grobu zniesiecie
A piechota w paradzie sprezentuje broń.

Do karnego raportu przed niebieskie sądy
Duch mój galopem z lewej, duchem będzie rwał,
Jak w steeplu przez eteru przeźroczyste prądy
Biorąc w tempie przeszkody z planetarnych ciał.

Ja wiem, że mi tam w niebie z karku łba nie zedrą,
Trochę się na mój widok skrzywi Święty Duch,
Lecz się tam za mną wstawią Olbromski i Cedro,
Bom był jak prawy ułan: lampart, ale zuch.

Może mnie wreszcie wsadzą w czyścu na odwachu
By aresztem... o wodzie spłacić grzechów kwit,
Ale myślę, że wszystko skończy się na strachu
A stchórzyć raz - przed Bogiem - to przecie nie wstyd.

Lecz gdyby mi kazały wyroki ponure
Na ziemi się meldować, by drugi raz żyć
Chciałbym starą wraz z mundurem wdziać na siebie skórę,
Po dawnemu... wojować... kochać się... i pić.
 Bolesław Wieniawa - Długoszowski