26 czerwca 2012

Jasnowidz

Lui parla.
Dla Charles’a i Euli


Pewne rzeczy naprawdę giną. Ot, kapelusz

Słomkowy położony na chwilę na oknie,
Gdy trzy młode kobiety – jedna z nich w żałobie –
Rozmawiają w wykuszu. Wiatr go lekko trąca,
Podrywa, zsuwa na brzeg – i już koziołkuje
W rozległy widok, który dałby się opisać
Może tak: poszarpana skarpa spada w dół
Przez migotanie miki w mech sosen, wśród których
Tu i ówdzie przebija krótkim błyskiem światła
Na pół widoczna rzeka. Słomkowy kapelusz
Leci w swobodnych skrętach i ukłonach
Przez ten czy inny wijący się prześwit,
Nikt go nie zauważa, nawet pan czy ja.
Tak czasem klucz francuski niby z katapulty
Zleci z trzęsącej ciężarówki prosto
W kanał zarosły krzakami; lub książka,
Gdy czytający zasnął, gubiąc się w intrydze,
Z leżaka na pokładzie zsuwa się, poddając
Niepiśmiennemu morzu zaskoczone kartki.

Umknąć ze świadomości, jak robią te rzeczy,

To jedna sprawa, inna tkwić w zamknięciu,
W kryjówce marzeń lub w kamiennym lochu
Czyjejś głowy.

Odkryto, kiedy byłem mały,

Że potrafię odnaleźć zagubiony przedmiot.
Stałem przy łóżku dziewczynki lub u wątłych kolan
Starca, którego twarz ginęła w cieniu.
Kiedy zgubiłeś to?
– pytali ludzie.
Kiedy ostatni raz widziałeś?
– Głosy.
Które pytały i odpowiadały,
Brzmiały wołaniem ptaków, kiedy liście bledną
Na wyścigi i czarny mrok powoli spływa.
Umysł to nie krajobraz, lecz gdyby nim był,
Wówczas znalazłby się nim toczony księżyc,
Kołujący za lasem, poprzez który sięgasz,
Łamiąc w splątanych gąszczach jego cienkie szprychy.
Bywały tam mroczności, ścieżki kierujące
W stronę wyschłych strumieni, szalej, co zaprasza
Przez pełne blasku przesieki w bezpodstawny cień;
A przecież w odurzeniu upartym trafiałeś
Z miejsca za zrujnowane kopce, niech zdeptany
I wpół zatarte strzałki wskazujące
Miejsce, gdzie zaraz za zakrętem strachu
Lśniła zguba.

Lub niech pan sobie wyobrazi dworzec –

Długie wagony stają wzdłuż peronu,
Szyby zaparowały tak, że nic nie widzą
Ani ci w środku, ani ci z zewnątrz.
W tłumie – niech pan wybaczy me upodobanie –
Młoda kobieta stoi wśród walizek,
Wie, że pan, nieznajomy, ma ją stąd odebrać.
Zatrzymuje wzrok na kimś, cofa go, odwraca
Znów głowę w drugą stronę, waha się spłoszona.
Podobnie jest z rzeczami, co się zapodziały,
Jak mówi porzekadło: zgubiony klucz wisi
Splątany nićmi w czymś, co się wydaje
Utkanym z mroku koszyczkiem na nici,
Zaledwie przebłyskuje. Albo fotografia
Włożona w starą księgę, odwraca skrwawiony
I niepamiętny profil, by twój wzrok zatrzymać,
A przecież miga przez skupiona myśl.
Co można zatrzymać w pamięci? Nie można
Najdrobniejszej podłostki, świństwa, upokorzeń,
Strachu, co każe zaciskać powieki,
Drgnienia szczęścia, z którego poczęła się rozpacz.
Nic nie można zapomnieć, bowiem mnie nie wolno
Zapominać.


A stamtąd było niedaleko
Tu – do tego stolika w kąciku kawiarni,
Gdzie długowłosy, siwy, z proroczym spojrzeniem
Siedzę i piję na koszt klienteli.
Przychodzą tutaj dzień i noc, tak dużo ludzi:
Smutne kobiety z tej dzielnicy, w czerni,
Jak do spowiedzi; krótkowzroczni, drobni
Urzędnicy, co sądzą, że Byk wciąż przeżuwa
Ich los; przybyli z Mediolanu ludzie
Interesu, by z magiem rozstrzygnąć, czy kupić,
Czy sprzedać takie albo inne akcje;
Moi kumple-pijacy; idący za modą
Drwiący ludek, żarłocznie łatwowierny,
Sceptycy, wciąż gotowi dowieść mi oszustwa
Ze strachu, ze maleńki cud nie wyjaśniony
Zrobi szczelinę w świecie i całe zastępy
Michała Archanioła zlecą się z trzepotem.

Daję im papier, ołówek, zapalam

Papierosa, odwracam się, jak to pan widział.
Piszą swoje pytania, składają; i kładę
Dłoń na ich rękach, wstępując w szaleństwo,
Wznoszę oczy do nieba, puszczam dym przez nozdrza,
Jak w delfickich oparach zwieszam głowę, potem
Drżącymi, wiedzionymi przez ducha palcami
Układam przepowiednię. Wszystko to, rzecz jasna,
Mydlenie oczu, bo w dziewięciu przypadkach na dziesięć
Słowa, jakie spływają z cudzych myśli, zaraz
Jawią się na powierzchni moich, rozwijają
Jak papierowe kwiaty w zbiorniku na wodę.
A w dziesiątym przypadku odrobinę bujam.

To pana razi? Lecz tego, co robię,

Nie da się robić wcale, jak uważa większość.
Gdy mi się nie udaje, jestem szarlatanem
Nawet dla tych, których niegdyś zadziwiałem –
Podczas gdy krawiec, choć mi źle płaszcz skroi,
Nadal jest krawcem. Mówię panu o tym,
Bo pan wie, że posiadam ten dar, ciężar daru.
Czy używam do tego umysłu, czy nie,
Świat ciągle mnie przywłaszcza sobie; i mój szósty
Nie znający spoczynku zmysł to tani pokój
Ciemny od gniewu bezsenności, w którym
Ściany drżą od pomruków, skarg, wody spuszczanej
Obok przez ludzki rodzaj.

Lecz cóż ja mogę powiedzieć?

Ja nie mam odpowiedzi. Uspokój obawy –
Gryzmolę kiedy trzeba. – Twoja ukochana
Jest ci wierna, a żona nic nie podejrzewa.
Nikt cię nie widział wtedy pod drzewem figowym.
Jednak bądź ostrożniejszy. Kiedy czas nadejdzie,
Spodziewaj się awansu. Widzę jakiś list
Od kogoś, kto daleko umiera, bogaty.
Ktoś tajemnie cię wielbi. Jeśli w twym mniemaniu
Zyskasz na tym, to odważ się podjąć ryzyko.
Co do napadów płaczu, to na pewno miną.


Nie robi im różnicy, że to jawne łgarstwo

Luz zwyczajne wykręty. Ich to zadowala,
Że nic nie mówią, a są wysłuchani.
Nie zasługują na więcej, gdybym nawet więcej
Mógł dać im, tchnącym tylko małym niepokojem
I samolubną nadzieją. Wiara, sprawiedliwość,
Dzielność, te uważane za rzadkość przymioty,
Zatwierdzone w marmurze stawianych pomników,
Z pewnością są istotnie rzadkie, gdzie się dręczy
W odosobnieniu serce, a ja nasłuchuję.
Czasem się zastanawiam, czy to moja wina,
Że to, co ich zżera, nie znajduje we mnie
Oddźwięku, czy to wada wewnętrznego słuchu?
Sądzi pan, że istnieje gdzieś uważny Umysł,
Który nas ścierpi, jest nie pogwałcony,
Który otwiera serca, który widzi
Ciężki upadek wróbla i w najgorszym
Ujadaniu odnajdzie odmianę słodyczy?
Bardzo chciałbym to wiedzieć.

Tymczasem ratunku

Szukam w cierpkim nałogu mej pożądliwości,
Choć jak przyłbica zwęża me widzenie;
Piję wytrwale, aż umysł się staje
Zasłoną opuszczoną niemal po parapet,
Tęsknię do tego miejsca obok wróbla,
Gdzie klucz zarył się w muł, gdzie słomkowy kapelusz
Zawisł w gąszczu konarów, gdzie zatonęła książka.
Och, zgadł pan moje myśli. Może jeszcze jeden...
Pół? Mezzo-litro. Grazie, professore.

Richard Wilbur
tłum. Ludmiła Marjańska
 obrazy : JIM WARREN
Obrazek
Richard Wilbur (ur. 1921) – poeta amerykański, urodził się w Nowym Jorku, w 1942 roku ukończył Amherst College w Massachusetts, wkrótce potem został powołany do wojska, służył do końca II wojny światowej we Francji, ale - poza kilkoma drobnymi wierszami - wojna nie pozostawiła wyraźnego śladu w jego twórczości. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych uzyskał dyplom Master of Arts na Uniwersytecie Harvarda i poświęcił się pracy naukowo-dydaktycznej. Wykładał na Uniwersytecie Harvarda, Uniwersytecie Wesleya w Middletown oraz w Smith College w Northampton.Jego wiersze tłumaczyli na polski: Ludmiła Marjańska, Stanisław Barańczak, Robert Stiller, Leszek Elektorowicz i Krzysztof Stachnik. Wydano m. in. tom: Richard Wilbur: Jasnowidz i inne wiersze. Wybrała, przełożyła i wstępem opatrzyła Ludmiła Marjańska. PIW, Warszawa 1981, obejmujący wybór z jego wczesnych utworów, powstałych w latach 1943-1976.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz