15 lipca 2012

Skorpiony wśród żab

   
Nie każdy drań jest od razu   psychopatą. Jednak psychopata jest szczytową formą osobowości typu „dupek”, który umie świetnie ukrywać to przez większość czasu. Około 4% populacji to tzw. osobowości antyspołeczne. Większość z nich żyje wśród nas i ma się świetnie, nigdy nie wchodząc w konflikt z prawem.

Wyobraź sobie – jeśli potrafisz – że nie posiadasz sumienia. Żadnego poczucia winy, niezależnie od tego, co robisz. Żadnego ograniczającego uczucia troski o dobre samopoczucie osób obcych, przyjaciół czy nawet członków rodziny. Wyobraź sobie: żadnej walki ze wstydem, nigdy w całym życiu, niezależnie od tego, jak egoistycznie, opieszale, krzywdząco czy niemoralnie postępowałeś. 

Udaj, że nieznane jest ci pojęcie odpowiedzialności, chyba że jako brzemię, które inni zdają się nosić bez sprzeciwu, niczym naiwni głupcy.
Dodaj teraz do tej dziwnej fantazji zdolność zatajania przed innymi faktu, że twój rysopis psychiczny jest kompletnie inny niż ich. Ponieważ na ogół zakłada się, że sumienie jest czymś powszechnym u ludzi, ukrycie faktu, że nie masz sumienia przychodzi niemal bez wysiłku. Lodowata woda w twoich żyłach jest czymś tak dziwacznym, czymś tak wykraczającym poza ich osobiste doświadczenie, że z rzadka tylko mogą domyślać się twojego stanu. Możesz robić absolutnie wszystko, a i tak twoja dziwna przewaga nad większością ludzi, którzy są kontrolowani przez swoje sumienie, najprawdopodobniej pozostanie nieodkryta.
Jak będziesz żył?
Szalone i przerażające – a jednak prawdziwe, dla około 4% populacji…
Wyglądają tak, jak my
Dla porównania: współczynnik występowania anorektycznych zaburzeń odżywiania wynosi 3,43%, co uważa się niemal za epidemię. Szeroko dyskutowane zaburzenia, klasyfikowane jako schizofrenia, występują zaledwie u około 1% populacji -  czyli czterokrotnie rzadziej, niż osobowość antyspołeczna (psychopatia, socjopatia). Jedna na 25-30 osób. Statystycznie biorąc, w każdym przedszkolu, szkole, biurze jest ich kilku. Według  raportu Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychiatrów, proporcje szacuje się na 3% wśród mężczyzn i poniżej 1% wśród kobiet .
Osobnicy stanowiący owe 4% drenują nasze związki, nasze konta bankowe, nasze osiągnięcia, nasze poczucie własnej wartości, zagrażają pokojowi na Ziemi. A mimo to, co jest zaskakujące, większość ludzi nic nie wie o tym zaburzeniu.  Określenie socjopata czy psychopata głównie przywodzi na myśl obraz sadystycznych, gwałtownych osobników, takich jak seryjny morderca Ted Bundy czy fikcyjna postać doktora Hannibala „Kanibala“ Lectera z książki i filmu Milczenie owiec. Morderców, seryjnych zabójców, sprawców masowych mordów – czyli ludzi, którzy wielokrotnie i zdecydowanie łamali prawo. Zazwyczaj nie jesteśmy świadomi ani nie dostrzegamy ogromnej ilości socjopatów nie używających przemocy, ludzi, którzy nie łamią prawa w ewidentny sposób i przed którymi nasz system prawny zapewnia żadną lub tylko minimalną ochronę.
Zdefiniowane charakterystyczne cechy socjopatów w rzeczywistości kryją znacznie szersze spektrum jednostek, niż większość z nas mogłaby sobie kiedykolwiek wyobrazić. Większość z nas zna lub miała styczność z socjopatycznymi jednostkami nawet o tym nie wiedząc.
Większość z nas nie widzi żadnego podobieństwa pomiędzy dopuszczeniem się etnicznego ludobójstwa a, powiedzmy, niewinnymi kłamstwami na temat współpracowników podsuwanymi szefowi. Dostrzeżenie psychicznego podobieństwa powinno mrozić krew w żyłach. Prostym i głębokim wspólnym ogniwem jest tu brak wewnętrznego mechanizmu, który bije w nas – mówiąc emocjonalnie – za każdym razem, kiedy dokonujemy wyboru, który postrzegamy jako niemoralny, nieetyczny, opieszały, czy egoistyczny. Brak sumienia.
My kryminalnych psychopatów określilibyśmy jako „psychopatów nieudolnych”. Wynika z tego oczywiście, że w społeczeństwie może egzystować wielu nigdy niezdiagnozowanych psychopatów. Badania nad „ambulatoryjnymi“ (nie wymagających hospitalizacji) psychopatami ledwie się rozpoczęły. Bardzo niewiele wiadomo o okołokryminalnej psychopatii. Niektórzy badacze zaczęli jednakże poważnie traktować myśl, że ważne, by zajmować się psychopatią nie jako sztuczną kategorią kliniczną, ale jako ogólną cechą osobowości całego społeczeństwa. Innymi słowy psychopatia jest uznawana za w pewnym sensie inny typ człowieka.
Co decyduje o tym, jak będzie żył psychopata, czy wejdzie w konflikt z prawem? To samo, co w przypadku reszty ludzi. Nie wszyscy ludzie są tacy sami, psychopaci także różnią się od siebie jeżeli chodzi o potrzeby. Nawet ci zupełnie pozbawieni skrupułów mogą się różnić w szczegółach. Niektórzy ludzie – niezależnie od tego, czy mają sumienie, czy też nie – wolą łatwość inercji, podczas kiedy inni pełni są marzeń i dzikich ambicji. Jedni są błyskotliwi i utalentowani, inni są głupi, a większość jest gdzieś pośrodku. Są ludzie gwałtowni i łagodni, jednostki kierowane żądzą krwi i ci, którzy takich zapędów nie mają. Dotyczy to tak samo psychopatów, jak i reszty społeczeństwa.
Tym, co odróżnia wszystkich tych ludzi od reszty nas, jest kompletnie pusta dziura w psychice, w miejscu, gdzie powinny znajdować się najbardziej ze wszystkich rozwinięte funkcje uczłowieczające. 

Idealny facet
„Sympatyczny“, „czarujący“, „inteligentny“, „czujny“, „imponujący“, „wzbudzający zaufanie“ i „cieszący się powodzeniem u kobiet“ to cechy ciągle powtarzane w słynnym studium psychopatów Cleckley’a.
Psychopaci zdają się mieć pod dostatkiem te właśnie cechy, które są najbardziej pożądane przez normalnych ludzi. Bezproblemowa pewność siebie psychopaty zdaje się być prawie jak nieosiągalne marzenie i jest generalnie tym, co „normalni“ ludzie starają się zdobyć uczęszczając na treningi asertywności. W wielu wypadkach magnetyczne przyciąganie przez psychopatę przedstawicieli płci przeciwnej wydaje się niemal nadnaturalne.
Przeważnie przy pierwszym spotkaniu typowy psychopata będzie wydawał się wyjątkowo sympatyczny i sprawiał zdecydowanie pozytywne wrażenie. Uważny i przyjacielski, łatwo się z nim prowadzi rozmowy, wydaje się mieć rozległe zainteresowania. Nie ma w nim nic osobliwego czy dziwacznego i pod każdym względem stara się ucieleśniać zrównoważonego i szczęśliwego człowieka. Przede wszystkim jednak, nie wydaje się szczególnie wysilać, jak to by robił ktoś, kto ma coś do ukrycia albo kto chce ci wcisnąć kit. Trudno go wziąć za zawodowego pochlebcę czy kogoś, kto stara się przypodobać w jakimś ukrytym celu. Oznaki pozowania czy nadmiernej grzeczności nie są jego cechą charakterystyczną. Wygląda zupełnie naturalnie.
Bardzo często przedstawia sensowne osądy i przejawy zdrowego rozumowania i po spotkaniu z takim osobnikiem można mieć poczucie, że ta normalna i sympatyczna osoba jest również wysoce uzdolniona. Testy psychometryczne bardzo często ujawniają jego wysoką inteligencją. W stopniu większym niż u przeciętnych ludzi będzie się wydawał wolny od społecznych czy emocjonalnych blokad, drobnych spaczeń, dziwactw i niezręczności tak powszechnych nawet wśród ludzi, którym się powiodło.
Choć psychopata ma swoje sympatie i antypatie oraz pociąg do przyjemności czerpanej z towarzystwa innych ludzi, analizy pokazują, że jest on całkowicie egocentryczny i ocenia innych wyłącznie pod kątem tego, na ile wzmacniają jego zadowolenie czy status. Chociaż nie daje on prawdziwej miłości, jest jak najbardziej w stanie inspirować u innych miłość często posuniętą do fanatyzmu. Często wywołuje frapujące wrażenie, jakoby posiadał najzacniejsze ludzkie zalety. Łatwo zdobywa przyjaciół, jest manipulatorem wykorzystującym swoje werbalne zdolności do wychodzenia z opałów.
Mogą oni być olśniewający, pisać uczone dzieła, naśladować wyrażanie emocji słowami, ale z czasem staje się jasne, że ich słowa nie harmonizują z ich czynami. Są typem człowieka, który może twierdzić, że jest zniszczony przez zgryzotę, a następnie idzie na imprezę, „żeby zapomnieć“. Problem w tym, że oni RZECZYWIŚCIE zapominają.
Będąc, jak komputer, niezwykle wydajnymi maszynami, są w stanie wykonywać bardzo złożone procedury mające na celu zdobycie u innych wsparcia w tym, czego pragną. Tym sposobem wielu psychopatów jest w stanie osiągać w życiu wysoką pozycję. Dopiero z biegiem czasu ich znajomi uświadamiają sobie fakt, że ich wspinanie się po szczeblach sukcesu opiera się na pogwałceniu praw innych ludzi. „Nawet będąc nieczułymi na prawa swoich kolegów, często są w stanie wzbudzać uczucie zaufania“.
Mniej groźnie brzmiący narcyzm zdaje się być po prostu „jedną z twarzy“ psychopaty czy też „łagodniejszym“ obliczem. Można by powiedzieć, że narcyz jest „ogrodową odmianą psychopaty“, który z powodu swojego „społecznego zaprogramowania“ ma mniejszą szansę na wejście w konflikt z prawem. Tym samym narcyzi są bardzo skutecznymi „maszynami zdolnymi do przetrwania“, przeżywają swoje życie wyrządzając niewypowiedziane krzywdy rodzinom, przyjaciołom i współpracownikom.

Dlaczego tak łatwo nas oszukać?
Ludzie przyzwyczajeni są zakładać, że inni ludzie przynajmniej próbują „postępować właściwie“, „być dobrzy“, szlachetni i uczciwi. Bardzo często nie poświęcamy więc czasu na to, by z właściwą starannością określić, czy osoba, która wkroczyła w nasze życie, jest faktycznie „dobrym człowiekiem“. I kiedy rodzi się konflikt, automatycznie przyjmujemy kulturalne założenie, że w każdym konflikcie obie strony mają częściową rację i że możemy formułować opinie na temat tego, która strona ma więcej racji lub bardziej się myli. Kiedy powstaje jakaś dyskusja, automatycznie uważamy, że prawda leży gdzieś pośrodku pomiędzy dwiema skrajnościami.
Załóżmy, że w dyskusji jedna strona jest niewinna, uczciwa i mówi prawdę. Jest oczywiste, że kłamanie nie wyjdzie na dobre osobie niewinnej. Jeśli jest niewinna, jedyne kłamstwo, jakie może powiedzieć, to fałszywie przyznać „Zrobiłem to“. Natomiast dla kłamcy kłamstwo jest samym dobrem. Może on powiedzieć: „Nie zrobiłem tego“ i oskarżyć kogoś innego o ten czyn, podczas kiedy osoba niewinna mówi cały czas „nie zrobiłem tego“ i rzeczywiście mówi prawdę. Prawda przekręcona przez dobrego kłamcę może zawsze przedstawić niewinnego w złym świetle, szczególnie, jeśli osoba niewinna jest szczera i przyznaje się do błędów.
Podstawowe założenie, że prawda leży pośrodku pomiędzy zeznaniami dwu stron, zawsze daje przewagę stronie kłamiącej, a odsuwa ją od strony mówiącej prawdę. W większości wypadków przewaga ta w połączeniu z faktem, że również prawda zostanie przekręcona w taki sposób, by wyrządzić krzywdę niewinnej osobie, zawsze pozostanie po stronie kłamców - psychopatów. Nawet prosty akt zeznawania pod przysięgą jest bezużyteczny. Jeżeli ktoś jest kłamcą, przysięga nic dlań nie znaczy. A jednak przysięga mocno działa na poważnego, prawdomównego świadka. I znowu przewaga leży po stronie kłamcy.
Psychopaci mają zdecydowaną przewagę nad istotami ludzkimi wyposażonymi w sumienie i uczucia, ponieważ psychopata sumienia ani uczuć nie posiada. My możemy odczuwać strach, sympatię, empatię, smutek itd., ponieważ potrafimy sobie abstrakcyjnie WYOBRAZIĆ przyszłość opartą na naszych własnych doświadczeniach z przeszłości czy chociażby po prostu na „pojęciu doświadczeń“ w miriadach ich odmian. Potrafimy „przewidzieć“, jak inni zareagują, ponieważ jesteśmy w stanie „zobaczyć siebie“ w ich skórze, nawet jeśli są oni „gdzieś tam, daleko“, a sytuacja jest w jakiś sposób inna, chociaż ma podobną dynamikę.
Psychopata zdaje się nie posiadać tej umiejętności.
Och, oni naprawdę potrafią udawać uczucia, ale jedyne prawdziwe uczucie, jakie zdają się mieć – to, co nimi kieruje i powoduje, że odgrywają na pokaz rozmaite przedstawienia – to rodzaj „drapieżnego głodu“ tego, czego chcą. To znaczy „czują” oni potrzebę czegoś podobnego do miłości, a niewychodzenie naprzeciw tej ich potrzebie jest opisywane przez nich jako "bycie niekochanym". Co więcej, ta perspektywa z pozycji potrzeby/chęci zakłada, że liczy się tylko „głód“ psychopaty, a wszystko co jest „gdzieś tam“, na zewnątrz psychopaty, nie jest realne, z wyjątkiem tego, co może być wchłonięte przez psychopatę jako rodzaj „strawy“. Czy da się to jakoś wykorzystać albo czy może to coś dać – to chyba jedyna kwestia, która interesuje psychopatę. Wszystko inne, wszystkie działania – są podporządkowane temu popędowi.
W skrócie, psychopata – i w nieco mniejszym stopniu narcyz – jest drapieżnikiem. Drapieżnikiem w „masce zdrowego rozsądku” i „masce zdrowia psychicznego”. Tak jak drapieżnik będzie obierać wszelkiego rodzaju podstępne działania, aby podejść swoją ofiarę, odciąć ją od stada, zbliżyć się i złamać jej opór, tak i psychopata konstruuje staranny kamuflaż złożony ze słów i pozorów, kłamstw i manipulacji – aby „zasymilować“ swoją ofiarę.

Psychopatą się nie zostaje. Psychopatą się jest.
Socjopaci/psychopaci istnieli zawsze, a osobowość antyspołeczna występowała pod różnymi postaciami, w różnym natężeniu i pod różnymi nazwami. Badano ich z wykorzystaniem rozmaitych technik i przez lata za ich przypadłości przypisywano odpowiedzialność różnym czynnikom. Jedno się tylko nie zmieniało: wszyscy socjopaci mają trzy wspólne cechy. Wszyscy są bardzo egocentrycznymi jednostkami, pozbawionymi empatii i nie są zdolni do wyrzutów sumienia ani poczucia winy. [The Sociopath Rebecca Horton, kwiecień 1999]
Przyczyny tego socjopatycznego zaburzenia zostały w wyniku badań zawężone do kilku czynników. Jedną z głównych przyczyn zachowań socjopatycznych są prawdopodobnie nieprawidłowości neurologiczne, głównie w obrębie płata czołowego mózgu. Obszar ten jest również powiązany z warunkowaniem strachu. Niewłaściwa budowa czy aktywność chemiczna w tym obszarze mózgu może być spowodowana nienormalnym rozrostem (być może uwarunkowanym genetycznie), chorobą mózgu, albo urazem. Teoria ta poparta była wieloma badaniami z wykorzystaniem pozytronowej tomografii emisyjnej (PET), która wyraźnie pokazuje metaboliczną aktywność neuronów w mózgu (Sabbatini, 1998).
Długo uważano, że ciała migdałowate, dwa małe obszary zagrzebane blisko podstawy mózgu, są odpowiedzialne za agresję, seksualność i gotowość podejmowania ryzyka. Ostatnio okazało się, że wpływają one także na to, jak ludzie interpretują emocje innych. Delikatne uszkodzenie ciał migdałowatych może tłumaczyć wiele cech psychopatów – włącznie z trudnością emocjonalnego przebicia się do nich. Być może oni po prostu nie „widzą” cudzych emocji.
Stan umysłu psychopaty mogą imitować pewne zaburzenia organiczne (mózg) i brak równowagi hormonalnej.
Brzemienna w skutki hipoteza Cleckley’a mówi, że psychopata rzeczywiście cierpi na całkiem realną chorobę psychiczną – głęboki i nieuleczalny deficyt uczuć. Jeśli w ogóle cokolwiek on czuje, są to emocje jedynie najbardziej powierzchowne. Robi dziwaczne i autodestrukcyjne rzeczy, ponieważ konsekwencje, które zwykłego człowieka napełniłyby wstydem, odrazą do siebie i zażenowaniem, kompletnie nie dotykają psychopaty. Co dla innych byłoby katastrofą, dla niego jest po prostu przejściową niedogodnością.
Psychopatów nie można pojmować w kategoriach antyspołecznego wychowania czy rozwoju. Są to po prostu moralnie upośledzone jednostki, będące „potworami” w naszym społeczeństwie. Są niepohamowanymi i nieuleczalnymi drapieżnikami, których przemoc (psychiczna lub fizyczna) jest zaplanowana, celowa i pozbawiona emocji. Używanie przemocy trwa, aż osiągnie poziom szczytowy w wieku około 50 lat, po czym zaczyna zanikać.
Ich bezuczuciowość odzwierciedla oderwany, pozbawiony strachu stan i prawdopodobnie stan dysocjacji, ujawniając niski poziom autonomicznego systemu nerwowego oraz brak lęku. Nieustraszoność jest prawdopodobnie archetypową (rdzenną) cechą. Mają oni skłonność do imponowania, wywyższania się i nienasyconego apetytu, a także do sadyzmu. Można myśleć o nich jak o wyścigowych samochodach z nie działającym hamulcem.

Co oni z tego mają?
Co tak naprawdę psychopata otrzymuje od swoich ofiar? Łatwo zorientować się, do czego zmierzają, kiedy kłamią i manipulują celem zdobycia pieniędzy, dóbr materialnych czy władzy. Ale w wielu wypadkach, gdy rzecz idzie o, na przykład, relacje uczuciowe czy fałszywą przyjaźń, nie tak łatwo stwierdzić, do czego psychopata zmierza. Nie wdając się zbytnio w duchowe spekulacje, możemy tylko powiedzieć, że prawdopodobnie psychopatę CIESZY zadawanie innym cierpień. Tak jak normalnych ludzi cieszy, kiedy widzą kogoś, kto jest szczęśliwy, albo kiedy mogą spowodować, że ktoś się uśmiechnie, tak psychopatę cieszą rzeczy wprost przeciwne.
Jedno, co z pewnością wiemy, to że wielu ludzi, którzy mają do czynienia z psychopatami i narcyzami donosi o uczuciach „wydrenowania“, zażenowania i powtarzającego się podupadania na zdrowiu. Czy to znaczy, że część tej dynamiki, część wyjaśnienia, dlaczego psychopaci gonią za „związkami miłosnymi” i „przyjaźnią", które nie mogą przynieść wyraźnego materialnego zysku, opiera się na tym, że tak naprawdę jest to konsumpcja energii?
Nie znamy odpowiedzi na to pytanie. Obserwujemy, teoretyzujemy, spekulujemy i stawiamy hipotezy. Ostatecznie jednak tylko poszczególne ofiary mogą określić, co straciły na tej dynamice – a często jest to o wiele więcej niż dobra materialne. W pewnym sensie zdaje się, że psychopaci są „pożeraczami dusz“ albo „psychofagami“.

Kłamca, kłamca!
Psychopata jest manipulatorem, który dokładnie wie, co nas rusza, i wie, jak nami manipulować i jak wpływać na nasze uczucia. Często wykorzystuje mimetyzm do przekonania innych, że jest normalną, ludzką istotą. Robi to, by stworzyć pozory empatii ze swoją ofiarą. Psychopata przez snucie smutnych opowieści lub zapewniając o głębokich, poruszających doświadczeniach, będzie próbował sprawić, żebyś uwierzył, iż ma on normalne emocje; prawda jest taka, że większość psychopatów żyje jak w inkubatorze – poruszeni przez niewielu i pozbawieni prawdziwego współczucia dla innych; będą jednak kłamali, żeby przekonać cię, iż mają prawdziwe uczucia.
Kłamanie, oszukiwanie i manipulacja to wrodzone zdolności psychopatów. Przyłapani na kłamstwie tworzą nowe kłamstwa, nie dbając, czy zostaną na tym nakryci. Postawieni w obliczu prawdy, rzadko są zmieszani czy zakłopotani – po prostu zmieniają swoją historyjkę albo przystępują do przekręcania faktów, tak aby okazały się zgodne z kłamstwem. W efekcie mamy serię sprzecznych stwierdzeń i kompletnie ogłupiałego słuchacza.
Będą zaprzeczać rzeczywistości, dopóki ich ofiary nie załamią się nerwowo. Często psychopaci będą zrzucać winę na ofiarę i twierdzić, że ofiara cierpi na „urojenia” i jest niezrównoważona psychicznie.
Zachowanie psychopatów często służy wprawieniu w zakłopotanie i poskromieniu ofiar, albo wpłynięciu na każdego, kto mógłby słuchać ich wersji opowieści. Manipulacja jest kluczem w ich podbojach, a kłamstwo jest jednym ze sposobów, w jaki to osiągają.
Psychopatę często rozprasza jego wysokie mniemanie o sobie, co czasem prowadzi do tego, że niechcący powie coś, co go zdemaskuje. Często zapominają oni swoje kłamstwa i opowiadają sprzeczne historie, co słuchacza wprawia w zdumienie i zastanawia się on, czy przypadkiem ów psychopata nie jest szalony. W tym jednak przypadku psychopata nie jest naprawdę szalony – on po prostu zapomniał, co wcześniej nakłamał.
Najdziwniejszą jednakże rzeczą jest ich selektywna pamięć. Psychopata może nie pamiętać, co obiecał ci wczoraj, ale będzie pamiętał fakty z przeszłości, o ile w jakiś sposób służą jego celom. Często w ten sposób postępują w sytuacji, kiedy przyłapie się ich na kłamstwie.
Łatwo im przychodzi stwarzanie pozorów, iż są znacznie skromniejsi od przeciętnego człowieka, choć tak nie jest. Niektórzy są również w stanie udawać zainteresowanie niższą klasą i twierdzą, że sami należą do przegranych, nędzarzy itd. Psychopata może na przykład utrzymywać (jeśli pochodzi z niższej klasy społeczno-ekonomicznej), że nie cierpi bogaczy, a jednocześnie będzie w duchu do tego wzdychał i zazdrościł im tego, co mają. Jest jak ten narcyz, pragnący dać fałszywy obraz siebie poprzez swój dobytek. Do jego dobytku wliczają się również istoty ludzkie: przyjaciółki, żony i dzieci, zwierzęta.
Psychopaci mają bardzo narcystyczne i mocno nadęte spojrzenie na własną wartość i ważność swojej osoby, prawdziwie zadziwiający egocentryzm i poczucie wyższości, i widzą siebie jako centrum wszechświata, istotę wyższą, która ma prawo żyć według własnych reguł.

Kobiety ich kochają
Dlaczego? Ponieważ psychopata sprawia, że czuje się ona taka „wyjątkowa”.
Proszę was, miłe panie, jeśli macie fioła na punkcie takiego mężczyzny, musicie pamiętać, że to NIE jest jego PRAWDZIWA osobowość. On tylko odgrywa pewną ROLĘ przeznaczoną wyłącznie dla was.
Prawdziwe niebezpieczeństwo związane z psychopatami polega na tym, że niektóre kobiety rzeczywiście mają psychiczne predyspozycje do tworzenia z nimi więzi. Kobiety te, zazwyczaj z osobowością histeryczną lub histrioniczną, dzięki związkowi z psychopatą czują się silniejsze, niezależnie od usłyszanej na jego temat prawdy i niezależnie od tego, co on sam im powie. Niektóre z tych kobiet skrywają pod tym fantazje, że panują nad psychopatycznym mężczyzną.
Kobiety z osobowością histrioniczną (charakteryzuje się egzaltacją, teatralnością zachowań, staraniami o zwrócenie na siebie uwagi i prowokacyjną seksualnością) są szczególnie pociągające dla psychopatycznych mężczyzn i podatne na ich ataki. Należy się spodziewać, że kobieta z histrionicznymi zaburzeniami osobowości da się oczarować psychopacie. Jest ona w stanie odwzajemniać się w tym projekcyjno-introjekcyjnym cyklu głównie dzięki idealizowaniu psychopatycznego charakteru. Jej potrzeba więzi i zależności dopełnia się z jego pragnieniem oddzielności i autonomii; ona postrzega innych jako gotowych dawać i życzliwych, a on postrzega innych jako zaborczych i wrogich.
Z kolei kobieta histeryczna (cechy: niedojrzałość emocjonalna, zmienność nastrojów, zależność od sądów innych osób) jest odporna na rozwijanie zdrowych podejrzeń, kiedy szczegóły czy okoliczności nie przystają  albo nie potwierdzają słów psychopaty i jego wersji danej historii.
Czy faktycznie jedynie „neurotyczki” lub kobiety z zaburzeniami osobowości padają ofiarą psychopatów? Absolutnie nie. 
Wszystkie kobiety, niezależnie od tego, czy mają „neurotyczną” naturę, czy nie, bywają ofiarami psychopatów. Na przykład spekulowano, że przyczyny, dla których kobiety zakochiwały się w Richardzie Ramirezie – Nocnym Prześladowcy- były prawdopodobnie dodatkowo poszerzone o jego zamyślony wyraz twarzy i przystojny wygląd oraz fakt, że mógł wydawać się bezbronny „jak dziecko” – powiedziała jedna z adoratorek. Psychopata także często maluje obraz samego siebie jako przybitego antybohatera, a niektórzy z nich lubią postrzegać siebie jako samotne wilki, ludzi wrażliwych i głębokich. Posiadają oni tajemniczą zdolność wynajdywania opiekuńczych kobiet, które odczuwają silną potrzebę pomagania i matkowania innym. „Nie był szczególnie przystojny ani nie rozmawiał zbyt zajmująco. Ale miał jakąś anielską cechę, którą pewne kobiety, włącznie z pracownicami, uważały za pociągającą. Jedna z kobiet skomentowała to tak, że ‘zawsze czuła chęć utulenia go’. Inna powiedziała, że ‘on potrzebuje matkowania” - oto, jak został określony pewien psychopatyczny osobnik, przez którego życie przewijał się bezustannie sznur kobiet.
Zdolność do odczuwania litości i współczucia dla mężczyzny, chęć pomocy i ufność nie czyni cię jeszcze neurotyczką! Każdy może być oszukany i naciągnięty przez psychopatę. Psychopaci nękają wszystkich, bogatych i biednych, bardziej i mniej bystrych. Są w tym dobrzy.
Wiele kobiet po prostu zaprzecza prawdzie, ufając ślepo i ignorując rzeczywistość. Niektóre, nawet postawione w obliczu suchych faktów, ciągle będą przyznawać, że nie potrafią przestać kochać swojego psychopatycznego partnera, nawet kiedy zostają przez niego odrzucone. Problem jest zarówno natury psychoseksualnej (w wypadku opętanych przez psychopatów kobiet, które same mają zaburzenia osobowości), jak i dotyczy kobiet, które po prostu nie dopuszczają prawdy bądź nie rozpoznają sytuacji. Wiele również przywiązuje się do przekonania, że ich ukochany ma po prostu parę problemów, a nie symptomy zaburzenia osobowości.
Według Meloya, autora „Psychopatycznego umysłu”, kiedy psychopata ma potrzebę manipulowania kobietą, często wybiera kobiety nazywane zazwyczaj „głupiutką blondynką”, kobiety ociekające naiwnością, często nieświadome własnej seksualności, chodzące niewinności, często niezbyt lotne – ich osobowość zazwyczaj graniczy z cechami Pollyanny i zawsze uważają, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nie w tym rzecz, że w niewinności czy optymizmie jest coś złego, lecz kiedy ma się do czynienia z psychopatą, może się to okazać złym połączeniem. Wydaje się, że psychopatów coś szczególnie przyciąga do tego typu kobiet. Ona jest opiekuńcza i nastawiona na dawanie, podczas gdy on jest zamknięty i chce zatrzymywać wszystko dla siebie.
Psychopaci lubią też „przyczepiać się” do kobiet o wyższym statusie społecznym, kobiet, które są tym, czym oni chcieliby być. Potem, kiedy już jej nie potrzebuje, może ją zniszczyć i „upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu”.
Bez względu jednak na to, za jakim typem osobowości się uganiają, każdy może być celem.
Podobnie jak narcyz, psychopata ma aroganckie, pogardliwe i protekcjonalne nastawienie; niech to jednak będzie jasne: często w początkowej fazie oczarowywania kogoś nowego jego prawdziwy charakter pozostaje oczywiście ukryty. To dlatego, kiedy jedna kobieta ostrzega drugą przed mężczyzną psychopatą, jego najnowsza ofiara nie będzie w stanie uwierzyć w niepochlebne o nim historie. „Ależ on jest taki czarujący, taki miły...” i tak dalej – będzie brzmiała jej odpowiedź. Tak. Dokładnie. On pogrywa także z tobą.
Psychopaci często kończą związując się z ludźmi takimi jak oni, chociaż nie zawsze dobrze sobie z tym radzą. Czasami wiążą się w pary z innymi psychopatami i stają się zgranym zespołem. Jak długo ich interesy się dopełniają, tworzą straszną parę. Niektórzy znajomi mogą nigdy nie odkryć ich prawdziwej ciemnej strony.

Jak postępować z psychopatami?
Jeśli odejdziesz od psychopaty, możesz spodziewać się, że albo będzie to typ, który „po cichu” zrujnuje twoją reputację rozpowszechniając kłamstwa, albo spotkasz się z dużą dawką otwartej manipulacji (ostatnia próba zdobycia władzy i kontroli). Jedna z ofiar psychopaty pisze tak: Ja na przykład opuściłam psychopatę i po dziś dzień, jeśli tylko jest okazja, mówi przyjaciołom, żeby mnie uprzedzili, iż jestem tylko owadem na jego szybie i że jest w stanie rozgnieść mnie jak robaka. Jednocześnie każdemu, kto zechciał słuchać, opowiadał fałszywe historie na mój temat.
Dlaczego to robi? Chociaż psychopaci nie potrafią naprawdę kochać drugiej osoby i pozbawieni są prawdziwych, głębokich uczuć, ustalają związki z innymi z pozycji siły i kontroli. Jeśli ktoś rzeczywiście próbowałby „zagrozić” (w jego oczach jest to bardzo realne) jego władzy i kontroli, będzie on reagował. „Psychopata ten utwierdzał się również w przekonaniu, że sprawuje kontrolę, twierdząc, że mnie „wykopał”, nawet wtedy, kiedy mieszkał u swojej matki. Później powiedział mojej przyjaciółce, że byłam dla niego tylko „eksperymentem”, po tym, jak straciłam pieniądze, czas i niezmiernie cierpiałam z powodu jego kłamstw i manipulacji. W wyniku cierpienia zaliczyłam również skrajną depresję, która trwała prawie dwa lata, ponieważ on nie przestał mnie atakować nawet dwa lata po tym, jak go opuściłam (robi to nawet teraz).” - pisze jedna z ofiar.
Wierzę, że niektórzy ludzie są na tyle silni, by stawić czoło psychopacie; niestety nie wszyscy i większości psychopatów udaje się permanentne krzywdzenie swoich ofiar. Dlatego właśnie w tak oczywisty sposób potrzebujemy więcej grup wsparcia dla ludzi, którzy byli w jakichś relacjach z psychopatami.
Jedyna reguła, jeśli chodzi o postępowanie z socjopatą/psychopatą, jest taka, że normalne reguły etykiety nie znajdują zastosowania. Masz do czynienia z kimś, kto nie zna empatii, nie ma sumienia, wyrzutów sumienia ani poczucia winy. To zupełnie odmienna umysłowość. Jeśli próbujesz postępować z psychopatą etycznie, odwoływać się do sumienia lub, nie daj Boże jego poczucia honoru lub godności - doznasz szoku.
Często się zdarza, że ofiara może przez jakiś czas tłumić swoją złość, ale później, nawet po wielu miesiącach, może przyjść nagłe uświadomienie sobie prawdy i ofiara zda sobie w końcu sprawę, że przez cały czas była terroryzowana przez psychopatę. To wtedy właśnie ofiarę nagle ogarnia wściekłość i ma motywację, by w jakiś sposób dochodzić sprawiedliwości. Ale próbując dojść sprawiedliwości w stosunku do psychopaty miej świadomość, że to ty zapłacisz, o ile nie przyjmiesz nieugiętej postawy; a doświadczenie to spowoduje, że będziesz bardziej zażenowany i zakłopotany i możesz nawet odczuć pokusę walki używając jego broni.
Bądź również z góry nastawiony, że psychopata będzie wydatkował sporo wysiłku (na koszt ofiary) na snucie planów, oczekiwań etc., nie dając w zamian nic albo prawie nic. Kiedy stwierdzi, że zrobił ci coś, na co nie możesz się zgodzić, będzie miał już przygotowaną drogę ucieczki.
Jaki jest więc sekret postępowania z psychopatami? Albo unikaj ich, albo kiedy już dowiesz się, czy spodziewasz się, kim oni są, unikaj ich.
Jakikolwiek dalszy kontakt z psychopatą będzie naprawdę szkodliwy. Kiedy już zostaliście uwikłani w relacje z kilkoma z nich, uczcie się także wypatrywać znaków ostrzegawczych. Nie znaczy to, że powinniście mieć paranoję w związku z ludźmi, po prostu bądźcie ostrożni. Wszyscy, a zwłaszcza kobiety, powinni nauczyć się rozpoznawać psychopatię i wypatrywać znaków ostrzegawczych. Nie oznacza to diagnozowania każdego człowieka, z którym się spotykacie, ale bycie świadomym istnienia takiego zaburzenia może sporo pomóc. 

A może on się zmieni?
Czy przeczytałaś podrozdział „Psychopatą się nie staje. Psychopatą się jest.”
Prawda jest taka, że niezależnie od wszystkich studiów i nowych terapii, psychopaci są „skazani” na wiecznie złe zachowanie. 
Wielu nie ujawnia zachowań kryminalnych, ale działają antyspołecznie w społecznie akceptowanych zawodach.
Psychopata nie widzi żadnych wad w swojej psychice, żadnej potrzeby zmiany.
W ich przypadku terapia może tylko pogarszać sprawę; większość z nich dzięki temu wiele się dowiaduje o ludzkich emocjach i chętnie przypisują swoje wady i problemy niewłaściwemu traktowaniu w dzieciństwie oraz uczą się jeszcze lepiej manipulować bliskimi. Są oni również nieźli w oszukiwaniu swoich psychiatrów. „Byłem obiektem badań, przypadkiem; nigdy nie potrafili się połapać, co jest ze mną nie tak, więc po prostu z nimi pogrywałem” – skomentował jeden z nich. Dzięki lekturze książek z zakresu psychiatrii oraz dzięki terapii nauczył się również, że aby się wymigać, może po prostu „obwinić kogoś innego”. „Po prostu obwiniałem kogoś innego”, powiedział nonszalancko.
Studia pokazały, że bez względu na to, czy oni mogą albo chcą się zmienić, czy też nie, ostatecznie w zasadzie oni się nie zmienią, nie trać więc czasu próbując im pomóc czy ich zmienić, ponieważ zawsze za pomoc, którą im oferujesz, odpłacą ci zdradą. Ofiary mogą obawiać się rewanżu czy potencjalnych konsekwencji, ale wydostanie się z uwłaczającej sytuacji jest często lepsze niż próba przetrwania w relacjach zbudowanych na zastraszeniu i przemocy. Naprawdę lepiej nie akceptować nędznych okruchów imitacji uczuć psychopaty. Nikomu nie jest potrzebne tego typu znieważanie. Jeśli będziesz w tym trwać, masz gwarancję, że długo będziesz za to płacić zarówno mentalnie jak i emocjonalnie. Ostateczny rezultat to stan, który jest określany jako psychiczne sponiewieranie.
Niektórzy ludzie odczuwający potrzebę ocalenia kogoś i może nieco butni w swojej potrzebie udowodnienia tego, często stają się ofiarą psychopatów, ponieważ nie chcą uwierzyć w prawdę. Zwłaszcza, jeżeli mają do czynienia z typem, który sprawnie umie składać samokrytykę i przeprowadzić pozorną ale logiczną analizę własnych wykroczeń i motywów.
Efekt obcowania z tymi indywiduami oraz proces Twojego zdrowienia może być procesem długim, powolnym i bolesnym – ale należy pamiętać, że jeśli byłaś jego ofiarą, jesteś zaledwie jednym elementem w długim szeregu ludzi, z którymi w ten sposób się zabawił. Będzie to prawdopodobnie robił przez całe życie.
Czy możesz się zorientować z kim masz do czynienia, zanim on się za ciebie zabierze?
Psychopaci nie tylko będą zaprzeczali przeszłości i będą ją trywializować, ale będą unikali odpowiedzi wprost na twoje pytania, a kiedy nawet wydaje się, że odpowiadają – możesz być pewna, że nie jest to odpowiedź, której oczekujesz. Nawet kiedy udzielają ci odpowiedzi wprost, zasadnicza kwestia nie zostanie przez nich poruszona.
Psychopaci czasem werbalizują wyrzuty sumienia, ale później zaprzeczają sobie słowami lub czynami. Mogą przepraszać albo okazywać wyrzuty sumienia tylko po to, żeby im się coś udało, ale w końcu dostaniesz nożem w plecy i zdasz sobie sprawę, jak bardzo powierzchowne były ich słowa.
Psychopaci nie są w stanie długo pamiętać, co powiedzieli czy obiecali. Sprawiają wrażenie, jakby zawsze żyli w czasie teraźniejszym. Dlatego często składają wielkie obietnice i nie potrafią żyć zgodnie z tym, co mówią. Raz jeszcze – to ofiara będzie musiała radzić sobie z następstwami wszystkich matactw i machinacji psychopaty, a kiedy już zostanie dostatecznie wkurzona, będzie przez niego zdyskredytowana jako „niedorozwinięta umysłowo”, a często to psychopata będzie siebie przedstawiał jako ofiarę.
Wykazują oni przede wszystkim niesamowity brak troski, jeśli chodzi o niszczące skutki, jakie ich działanie wywiera na innych. Często są zupełnie szczerzy w tej kwestii, stwierdzając chłodno, że nie mają poczucia winy, nie jest im przykro z powodu bólu i spustoszenia, które spowodowali, i że nie widzą powodu, żeby mieli się tym przejmować. Równie często jednak są w stanie odegrać spektakl wyrzutów sumienia i samokrytyki „nie jestem ciebie godzien, jestem ostatnim kretynem”, aby pozostawić wrażenie człowieka skrzywdzonego, a przez to mieć nadal wpływ na ciebie. Bo twoje sumienie będzie obciążone jego rzekomą krzywdą. Jego oczywiście nie.
W końcu poznasz ich „po ich owocach”. Z pewnością dadzą ci odczuć, kto tu rządzi. Jak w książce Hare’go Without Counscience... (Psychopaci są wśród nas, Znak, 2006) opowiada jedna z kobiet-ofiar, nie mogła ona zrozumieć, jak ktoś (psychopata, którego znała) mógł wkroczyć w jej życie, a potem z taką łatwością zniknąć. Tak właśnie działają. Oni po prostu gwiżdżą na wszystkich, poza sobą samym.
Inną bardzo charakterystyczną cechą, której należy wypatrywać (lub nasłuchiwać) jest to, co dr Hare nazywa „uciechą z oszustwa”. To tak jakby psychopata nie miał żadnej potrzeby ani celu, by kłamać, po prostu sprawia mu przyjemność naciągnięcie kogoś.
Co do nałogów psychopaci bywają bardzo podatni na uzależnienia, ale nie wszyscy, zależy to od typu psychopaty i jego mechanizmów kontroli.
Inne cechy, które powinny dać ci do myślenia, jeżeli pojawia się ich kilka naraz u jednej osoby:
- Ponadprzeciętny brak lęku czy innych „neurotycznych“ objawów, opanowanie, spokój i łatwość mówienia
- Niesolidność, ignorowanie zobowiązań, brak poczucia odpowiedzialności w sprawach zarówno małej, jak i dużej wagi
- Nieprawdomówność i nieszczerość
- Antyspołeczne zachowania, które są niedostatecznie umotywowane i słabo zaplanowane, jakby wynikające z niezrozumiałej porywczości
- Brak prawdziwej wdzięczności za okazane szczególne względy, serdeczność i zaufanie
- Dziwaczne i ekscentryczne zachowania po spożyciu alkoholu i nie tylko – wulgarność, opryskliwość, gwałtowne zmiany nastroju, wybryki
- Brak prawdziwych prób samobójczych

Nie ważne, jak wiele masz litości czy współczucia dla psychopatycznego osobnika, NIE PRÓBUJ GO OCALIĆ. W efekcie tylko cię to zrani. Tych ludzi po prostu nie obchodzi, że to co robią, może zrujnować ci życie! Oni rujnują ci życie!


Jedna z bajek filozoficznych (
przypowieść afrykańska) wspaniale oddaje naturę psychopaty i to, jak się kończą jego relacje z normalnymi ludźmi.  

Pewnego razu nad brzegiem rzeki spotkała się żaba i skorpion. 
Oboje chcieli przedostać się na drugą stronę. Dla żaby, która była świetną pływaczką przeprawa nie była niczym nadzwyczajnym. Skorpion jednak nie był stworzeniem wodnym postanowił więc przekonać żabę, aby mu pomogła. 
Długo ją namawiał jednak żaba twierdziła, że nie może mu pomóc, gdyż zna sztuczki skorpiona i obawia się, że ten ją ukąsi swoim śmiercionośnym żądłem w trakcie przeprawy. W końcu skorpion powiedział, że ukąszenie żaby kiedy płynęliby przez głęboką rzekę byłoby z jego strony bardzo głupim zachowaniem. Przecież wtedy on sam zginąłby w rwącym nurcie.  
Ten argument przekonał żabę. Pozwoliła skorpionowi wejść na swój grzbiet i wskoczyła do wody. Gdy byli na środku rzeki skorpion wykonał gwałtowny ruch odwłokiem i śmiertelnie ukąsił żabę. Gdy oboje zaczęli tonąć żaba z wyrzutem zapytała dlaczego skorpion to zrobił. Przecież przez to oboje zginą. Skorpion odrzekł krótko, że nic nie mógł na to poradzić taka już jest jego natura i musiał to zrobić.

Wniosek z tej przypowieści jest oczywisty.

Każdy chce wierzyć, że Ci z którymi mamy do czynienia mogą się zmienić. Zmiana taka jest jednak bardzo trudna i w większości przypadków kończy się porażką.

Powinniśmy o tym pamiętać zapominając o poprzednich nikczemnościach i słuchając obietnic ludzi, którzy już raz nas oszukali. Z drugiej strony nie ma sensu walczyć z czymś na co nie bardzo mamy wpływ. 

Lepiej wykorzystać to co mamy aktualnie do dyspozycji, rozwijać się i rosnąć w siłę, niż tracić energię na walkę i z tego powodu stać w miejscu.




Powyższy tekst jest opracowanym skrótem znacznie obszerniejszego materiału, zamieszczonego na stronie http://quantumfuture.net/pl/psyhopath.html
Tekst źródłowy jest opracowaniem materiałów i niedostępnych w Polsce książek na temat psychopatii i w nim znajduje się bogata bibliografia i odnośniki do źródeł. 


Mama Muminka jest tylko jedna.


Nie będzie wstrząsającym odkryciem, że zarówno tego, czego od nas się oczekuje, jak i sposobów na to, by te oczekiwania zadowolić uczymy się od maleńkości. Czego Jaś się NIE nauczy, tego Jan NIE będzie umiał. A czego Jasia się nauczy, Jasia będzie umiała. Jaś wciąż powinien NIE UMIEĆ parać się pracą domową a Jasia umieć powinna. Trwa zatem walka o młode umysły. Interpretacja i reinterpretacja bajek, odkłamywanie ich, poszukiwanie ukrytych sensów, prze-korne prze-pisywanie bajek lub tworzenie całkiem nowych – to  bardzo żywy trend humanistyki. I ja się do niego z chęcią przyłączę. 

Muminki to świetny przykład literatury dziecięcej – zrobiły furorę na całym świecie, adaptacje filmowe i komiksy są chętnie oglądane nawet przez te dzieci, które nie lubią czytać. Także wśród dorosłych kultowi Muminków dorównuje tylko kult Kubusia Puchatka. Dom w Dolinie Muminków jest chyba najprzytulniejszym miejscem literackiego świata w ogóle, a prowadząca go Mama Muminka to postać bardzo charakterystyczna, która od razu zapada w pamięć. Przyznam się, że kiedy zostałam mamą i odkryłam Muminki na nowo, długo marzyłam, o tym, żeby być Prawdziwą Mamą Muminka. Ta nietuzinkowa bohaterka występuje w ośmiu z dziewięciu książek o Muminkach. A najwięcej o niej dowiemy się właśnie z tej dziewiątej, w której... w ogóle się nie pojawia. 

Oto Matka Idealna
„Najplastyczniejszym opisem chleba jest opis głodu” – tak napisał Tadeusz Różewicz. Praca domowa gospodyni, praca nad utrzymywaniem domowości fizycznej i psychicznej jest codzienna jak chleb i jak chleb niedoceniana. Dopiero gdy brak gospodyni - widać, że świat stracił swoją oś, że właściwie domu już nie ma. Jest tylko jakieś miejsce, trudne do ogarnięcia. 
Właśnie w taki sposób pokazana, a właściwie doświetlona została postać Mamy Muminka w ostatniej książce cyklu Tove Jansson – „Dolinie Muminków w listopadzie”; książce, która jest mniej znana od innych opowieści przede wszystkim dlatego, że jej właśnie nie zekranizowano.

Zacznijmy jednak od Mamy, jaką większość z nas zna. 
Na pierwszy rzut oka Mama Muminka wydaje się postacią typową – ideałem mamusi. Miły pyszczek, pasiasty fartuch, nieodłączna torebka i zwyczaj dawania domownikom na dobranoc cukierków w paski... Jej rodzina, jak pamiętamy, to Tatuś Muminka oraz otoczone dyskretną opieką dzieci – Muminek i adoptowana Mała Mi. W miłym domu Muminków chętnie gości też masa innych troli, które bardzo lubią odwiedzać rodzinę. To tam zatrzymuje się Włóczykij, tam można bez wahania przyprowadzić dzieci, które z jakiś powodów pozostały bez opieki. W opowieściach o Muminkach jest dużo rodzinnych dialogów  przy jedzeniu, przy porannej kawie, przy obieraniu grzybów, na pikniku, przy robieniu przetworów. Tworzy to niepowtarzalną, kochaną przez czytelników na całym świecie atmosferę książek – realizm codzienności pomieszany z bajkowością w najlepszym wydaniu. Mamusiowa Mama to oś tego świata. 
Tak właśnie jest w siedmiu pierwszych tomach. Oto jak skończyły się zimowe szaleństwa Muminka, gdy Mama się już obudziła z zimowego snu.

Mama poszła do kuchni, żeby  zagotować wody z sokiem.
- Tam jest nie pozmywane – zawołał Muminek żałośnie.
-Dobrze dobrze – powiedziała Mama. – wszystko się zrobi.
Znalazła kilka polan za kubełkiem, wyjęła sok porzeczkowy ze swego tajnego schowka i proszek i flanelowy szalik.
Kiedy woda się zagotowała, zmieszała mocne lekarstwo przeciw przeziębieniu, z cukrem, imbirem i starą cytryną, która zwykle leżała za kapturkiem na imbryk do herbaty, na przedostatniej półce.
Teraz kapturka na imbryk nie było. Imbryka do herbaty też nie. Ale Mama Muminka nie zauważyła tego. Na wszelki wypadek wyszeptała krótkie zaklęcie nad lekarstwem przeciw przeziębieniu, którego nauczyła się kiedyś od swojej babki. Potem weszła do salonu i powiedziała.
- Wypij to, póki gorące. 
Muminek pił a łagodne ciepło spływało do jego zziębniętego brzuszka.
- Mamo – powiedział – tyle rzeczy muszę ci wytłumaczyć…
- Najpierw musisz się przespać – powiedziała Mama obwiązując mu szyję flanelowym szalikiem.
„Zima Muminków”

Mama Muminka nie tylko jest opiekuńcza, ale potrafi sobie poradzić w każdej sytuacji. A jej pogoda ducha wydaje się niewzruszona. Analizując postać ma się wrażenie, że Mama Muminka jest wyidealizowana, bo uosabia wszystkie pozytywne cechy kobiety – opiekunki, ale nie ma w niej uciążliwej gderliwości, czy cierpiętnictwa. Wręcz przeciwnie – ona emanuje niebywałym psychicznym luzem. Oto jak zachowuje się mama, po powodzi w dolinie siedząc na dachu i przyglądając się zalanej wodą kuchni. 

Podpłynął do spiżarki i otworzył drzwi. Woda w spiżarce była biała  od mleka, a tu i ówdzie unosiły się w niej drobinki dżemu borówkowego. Obok niego przepłynęło kilka bochenków chleba, a za nimi zwój makaronu. Muminek chwycił maselniczkę, złowił w przelocie bochenek chleba i zatoczył łuk nad płytą kuchenną, aby wziąć maminą puszkę  z kawą. Potem wypłynął pod sufit i głeboko wciągnął powietrze.
- Spójrzcie tylko, jednak nie zapomniałam zakręcić puszki! – zawołała radośnie mama. – Czuję się jak na wycieczce! Czy mógłbyś również wyłowić imbryk i filiżanki?
Nigdy jeszcze śniadanie nie było tak interesujące.
Wybrali krzesło, którego nikt nie lubił, porąbali i ugotowali na nim kawę. Cukier rozpuścił się, niestety, ale na szczęście Muminek znalazł puszkę syropu. Tatuś jadł marmoladę prosto ze słoika, a mała Mi przewierciła świdrem cały bochenek, na co jednak nikt nie zwrócił uwagi.
Muminek jeszcze kilkakrotnie dawał nurka, aby coś uratowac z kuchni, i wówczas woda bryzgała na cały wypełniony dymem pokój.       
- Nie będę dziś zmywała – powiedziała uradowana Mama Muminka. – Kto wie, może nigdy już nie będę zmywała? (…)
„Lato w Dolinie Muminków”

Co wolno kobiecie?
Nie dość, że opiekuńcza i zaradna, to jeszcze miła, wielkoduszna i zawsze opanowana! Nawet kiedy Mama pokazuje rogi, robi to na swój sposób, nieco bokiem, milcząco. Przedostatnia opowieść cyklu „Tatuś Muminka i morze” opowiada o przeprowadzce rodziny na wyspę, gdzie Tatuś postanowił zostać latarnikiem. Pewnego dnia w Dolinie dopadł go psychiczny kryzys i poczuł się bezużyteczny – świat wokół niego stał się zbyt bezpieczny i oswojony. Zatem zarządził przeprowadzkę, a rodzina musiała zmagać się z całkiem nową sytuacją. Mamusię Muminka w końcu przerosło mieszkanie na niegościnnej wyspie, gdzie nawet ziemia jest nieurodzajna i nieprzyjazna, gotowanie obiadów z ryb i wciąż kurczących się zapasów, a przede wszystkim obserwowanie męża wciąż przegrywającego z rolą, którą sam sobie narzucił. Najpierw uciekła w piłowanie drewna – ta niekobieca czynność staje się jej obsesją i formą  rozładowania agresji.
Potem nastąpiła prawdziwa ucieczka – Mama zaczęła malować na ścianie. 
Miała namalować statek na morzu – „niechcący” namalowała swój ukochany ogród z Doliny Muminków, znane drzewa i dom. W końcu weszła w urealniony nagle obraz i tam znikała na całe dnie. Mało tego - dla niepoznaki namalowała na nim kilkanaście mam, żeby nikt jej nie poznał i nie przeszkadzał. 
Członkowie rodziny byli zbulwersowani:
- Gdzie byłaś?! - wybuchnął Tatuś.
- Ja? - spytała Mama niewinnie. - Byłam na małej przechadzce, żeby się trochę przewietrzyć.
- Nie powinnaś nas tak straszyć - rzekł Tatuś. - Pamiętaj, że jesteśmy przyzwyczajeni widzieć cię w domu, kiedy wracamy wieczorem.
- I to jest właśnie okropne - westchnęła Mama Muminka. - Każdy potrzebuje czasem jakiejś zmiany. Stajemy się zanadto do siebie przyzwyczajeni i wszystko jest wciąż takie samo, prawda, kochanie?
„Tatuś Muminka i morze”

Czy Mama nie mogła po prostu nakrzyczeć na Tatę, spakować rzeczy rodziny i zmusić go do powrotu do Doliny Muminków? Albo naprawdę uciec do domu? Nie, odpowiadamy intuicyjnie, nie byłaby wtedy Mamą Muminka. Zresztą wiemy, że w końcu Muminki i tak wróciły do Doliny, a wszystko - na swoje miejsce. Można powiedzieć, że  Mama, podobnie jak wiele mam „wzięła rzecz na przeczekanie”. 
W tym miejscu cała ta historia mogła by przestać nam się podobać i wzbudzić poważne zastrzeżenia – czy naprawdę chcemy, żeby nasze dzieci uczyły się od Mamy Muminka, że mężczyznom wszystko wolno, a kobiety nie powinny nimi rządzić? Kinga Dunin krytykując tę postać trafia w samo sedno: „(...) każdy chce mieć taką mamę, a bardzo mało kto chce nią być”.
A przecież kochamy Muminki za to, że opowieści o nich są prawdziwe, w ich Dolinie bynajmniej nie wszystko się udaje, postaci nie są jednowymiarowe. Przecież Tata Muminków kiedyś „prowadził życie hulaszcze”, Mała Mi jest wredna, Włóczykij co roku naraża Muminka na cierpienie rozłąki, a na niebie nad Doliną potrafi pokazać się groźna kometa. A Mama Muminka? Jakoś nie chce nam się wierzyć, że Mama Muminka to postać–wydmuszka, proteza prawdziwej kobiecości, ornament na płaskim obrazku stanowiącym tło. 

Oryginał vs kopie
Bajki co prawda rządzą się swoimi prawami, mamusie muszą być mamusiowate, dom domowy, i już. Od arcydzielnych Muminków wymagamy jednak dużo więcej, i słusznie. Tove Jansson w ostatniej książce cyklu doświetla postać Mamy Muminka, wykładając przy tym całą swoją mamologię stosowaną. Naprawdę warto po nią sięgnąć, po to by się odtruć, po to, żeby mieć w zapasie kilka pysznych fraz i po to, by przekonać się, że świat zmienia się na lepsze, a literatura jest dla nas. 

„Dolina Muminków w listopadzie” – to mini-epos o chaosie i porządku, o rodzinie, o potrzebie bycia z ludźmi, ścierającej się z potrzebą bycia sobą. Chronologicznie – i filozoficznie stanowi ona dopełnienie opowieści morskiej.
Do opuszczonego domu Muminków w dolinie przybywają wiedzione tęsknotą trolle – Filifionka, Paszczak, Homek, Włóczykij i Mimbla. 
Rozczarowane tym, że gospodarzy nie ma, próbują odtworzyć atmosferę, bezpieczeństwa a zarazem wolności, którą zapamiętały z wizyt u Muminków, powoli przejmując ich role. Szybko jednak okazuje się, że stanowią raczej cień, mroczną stronę rodziny niż Rodzinę. Najbardziej tęskni za Mamą Homek, bez przerwy snujący fantazje o posiadaniu prawdziwej mamy i idealizujący  ją w sposób kompletnie irracjonalny. Nie pozwala mu się jednak na te złudzenia, dlatego Homek kłóci się z czeszącą go Mimblą, która twierdzi, że rodzina miała swoje specjalne miejsce złoszczenia się. 

- Szli w najdalszy kąt ogrodu, kiedy mieli wszystkiego dosyć i byli źli i chcieli żeby ich zostawiono w spokoju.
Homek zrobił krok w tył i krzyknął.:
- To nieprawda! Oni nigdy nie byli źli!
- Stój spokojnie – powiedziała Mimbla – Jak ja mam cię czesać, kiedy tak skaczesz. Mogę cię zapewnić, że i Tatuś Muminka, i Mama Muminka i Muminek byli sobą strasznie zmęczeni od czasu do czasu. Chodź tutaj.
- Nie chcę! – wybuchnął Homek. – Mam nigdy taka nie była! Była zawsze taka sama! – Otworzył gwałtownie drzwi do salonu i zatrzasnął je za sobą. Nic nie wiedziała o mamie. Nie wiedziała, że żadna Mama nigdy nie może się źle zachowywać.
„Dolina Muminków w listopadzie”

Ślepej idealizacji sprzeciwia się także filozof Doliny - Włóczykij.
- Na pewno kiedyś wrócą.
- Kiedyś! – wybuchnął Homek. – Ona  musi teraz przyjść, tylko na niej jednej mi zależy!
Włóczykij wzruszył ramionami. Zrobił dwie kanapki i powiedział:
- Ciekawy jestem na czym Mamie Muminka zależy…
„Dolina Muminków w listopadzie”

Rolę Mamy Muminka usiłuje wypełnić Filifionka. Miota się bezradna i nieszczęśliwa, z góry zakładając, że oczekuje się po niej wiernego odwzorowania zachowania Mamy. Filifionka kocha czystość i gospodarność, ale na skutek wypadku - właśnie przy domowej pracy we własnym domu - zapadła na dziwną niemoc: gdy tylko dotknęła miotły lub ścierki dostawała zawrotu głowy i od razu mdlące uczucie strachu wzbierało w jej  żołądku i grzęzło w gardle. Za sprzątanie zatem w ogóle się nie bierze. Z drugim, ważnym elementem gospodarstwa - gotowaniem - też nie jest łatwo. 

Włóczykij spytał:
- Jedliście kolację?
- Nie możemy – odparł Paszczak. – Nie możemy uzgodnić kto ma zmywać.
- Homek – powiedziała Filifionka.
- Nie, nie Homek – sprzeciwił się Paszczak – On mi trochę pomaga w ogrodzie, Niech Filifionka i Mimbla zajmą się gospodarstwem , przecież są kobietami, no nie? Nie mam racji? Ja mogę zaparzać kawę i pilnować żeby wszystkim było przyjemnie. A Wuj Truj jest taki stary, że pozwolę mu robić, co chce.
- Że też Paszczaki zawsze muszą wszystko innym organizować! – wykrzyknęła Filifionka. (…)
(…)
Cały czas od samiutkiego początku myśłała, że to ona będzie gotować. Lubiła ustawiać na półkach piękne rzędy słoików i torebek, bawiło ją wymyślanie nowych sposobów przemycania starych resztek w zapiekankach i krokietach, tak żeby ich nikt nie rozpoznał. Uwielbiała gotować możliwie najoszczędniej, żeby nie zmarnowało się nawet najmniejsze ziarenko kaszy.
Duży gong rodzinny wisiał na werandzie. Filifionka zawsze marzyła by być tą, która oznajmia o obiedzie uderzając w dźwięczny mosiądz. Bing, bong – rozbrzmiewałoby w całej dolinie i wszyscy biegliby wołając: „Obiad! Obiad! Co nam dasz dzisiaj? Ach, jacy jesteśmy głodni!”. Filifionce zakręciły się łzy w oczach. Bo Paszczak popsuł jej całą przyjemność. Byłaby też zmywała, nawet chętnie, gdyby tylko sama mogła to zaproponować. Ale pomysł, że ona ma prowadzić gospodarstwo, bo jest kobietą! Też coś! I w dodatku z Mimblą.
„Dolina Muminków w listopadzie”

Sprytna manipulacja Włóczykija doprowadza do rozejmu. Filifionka z przyjemnością zajmuje się gotowaniem. Jednak ciepłymi posiłkami nie daje rady odczarować atmosfery  – nadal wszyscy czują się obco i krytykują siłowe próby wcielania się Filifionki w Mamę Muminka. O dziwo, najbardziej brakuje im nie opiekuńczości, ale wdzięku, nonszalancji i dystansu Mamy.

Mama Muminka lubiła gwizdać podczas gotowania – powiedziała Mimbla. – Wszystko było trochę byle jak… Nie wiem, ale było inaczej. Czasem brali ze sobą jedzenie i gdzieś jechali, a czasem wcale nie jedli…
„Dolina Muminków w listopadzie”

Sytuacja zmienia się na lepsze dopiero wtedy, gdy Filifionka zaczyna rozumieć, że jest sobą i powinna taka pozostać. Rozgrywa się to w dwóch pięknych scenach. Pierwsza z nich to taniec Mimbli podczas uroczystego wieczoru, który o dziwo się udał. Mimbla, postać niezależna i narowista (jest w końcu starszą siostrą Małej Mi) z zasady bierze z życia co najlepsze unikając wszelkich trudów, jest bardzo zdystansowana, ironiczna i irytująca. Zarazem jej wdzięk nie ma sobie równych; taneczny występ zachwyca całe towarzystwo. Następuje po nim taki dialog:
Rozległy się entuzjastyczne brawa, a Paszczak powiedział ze szczerym podziwem:
- Dziękujemy ci najserdeczniej!
- Nie dziękujcie mi – odpowiedziała Mimbla. – JA nie mogłam się powstrzymać! Powinniście zrobić tak samo!  
Filifonka wstała i powiedziała:
- Że się nie można powstrzymać i że się powinno  - to jakoś nie idzie w parze. Według mnie, to że powinno się coś zrobić, nie jest tym samym, co to, że można zrobić...
„Dolina Muminków w listopadzie”

Ostatnia, pozornie chaotyczna wypowiedź Filifionki jest bon motem, który mam zamiar namalować sobie na ścianie w kuchni.

Co się właściwie powinno?
Wkrótce po tym zdarzeniu fobia sprzątania przechodzi Filifionce jak ręką odjął, zaczyna ona wielkie porządki w domu. Nie mogę oprzeć się przed przytoczeniem całości tego pięknego opisu, mając nadzieję, że ci, którzy książki nie czytali, nie poprzestaną na tych cytatach, ale sprawdzą, jak i dlaczego udało się Filifionce dojść do ładu. 

Filifionka sprzątała. Wszystkie garnki, jakie tylko były, stały na kuchni i grzała się w nich woda, szczotki, ścierki i miski, tańcząc wyskakiwały ze swoich szaf. Poręcz  werandy zdobiły przewieszone przez nią dywany. Odbywało się kolosalne wręcz sprzątanie, największe jakie ktokolwiek kiedykolwiek widział. tamci stali wszyscy w ogrodzie i dziwili się widząc jak Filifionka wpada i wypada, wychodzi i wraca, z chustką na głowie, w fartuchu Mamy Muminka tak dużym, że okręcona nim jest trzy razy.
(…)
Cudownie było znów sprzątać. Wiedziała dokładnie gdzie kurz się pochował. Miękki szary, zadowolony z siebie, zalegał wygodnie wszystkie kąty. Wypędzała każdy kłębek , który od toczenia się urósł i napęczniał, nabił się włosami i myślał, że jest całkiem bezpieczny, cha, cha! Larwy motyli, stonogi, wszelkiego rodzaju pełzające, czołgające się paskudztwa przewracały się do góry nogami pod wielką miotła Filifionki, a cudowne strumienie gorącej wody i pieniących się mydlin spłukiwały wszystko i mnóstwo tego wyjeżdżało za drzwi, wiadro za wiadrem. Naprawdę przyjemnie było żyć.
(…)
Po jakimś czasie radość sprzątania udzieliła się wszystkim z wyjątkiem Wuja Truja. Nosili wodę, trzepali dywany, szorowali podłogi, gdzie popadło, każdy dostał swoje okno do umycia, a gdy chciało im się jeść, szli do spiżarni i brali sobie resztki z przyjęcia. Filifonka nic nie jadła i wcale nie rozmawiała, gdzie tam miałaby czas i ochotę na coś takiego! Czasem gwizdała sobie trochę, lekka i giętka poruszała się jak podmuch wiatru – zjawiała się to tu, to tam, wynagradzała sobie wszystkie chwile osamotnienia i strachu  i myślała mimochodem: „Co mnie takiego napadło? Nie byłam przecież niczym innym jak tylko ogromną, szarą kulą kurzu… I dlaczego?” Ale tego nie mogła sobie przypomnieć.
I tak minął, szczęśliwie bez deszczu, ów wielki wspaniały dzień sprzątania. O zmierzchu wszystko znalazło się na swoim miejscu – czyste wybłyszczone i wywietrzone, a zdziwiony dom patrzył na wszystkie strony przez świeżo umyte okna. Filifionka zdjęła chustkę z głowy i powiesiła fartuch Mamy Muminka na odpowiednim kołku.        
Najciekawszy jest jednak dowcipny dialog końcowy:
Dzięki  za sprzątnięcie domu – powiedział Paszczak ze szczerym podziwem.
- Nie dziękuj mi – odparła Filifionka, - Nie mogłam się powstrzymać! Powinniście robić tak samo. To znaczy Mimbla.
„Dolina Muminków w listopadzie”

Bycie Mimblą, czy Filifionką wypływa z wewnętrznego przekonania, potrzeby, rozpoznania tego, kim się jest i po co się jest. 
PRAWDZIWA MAMA MUMINKA jest tylko jedna. 
Możemy, i owszem, zakładać czasem jej fartuch, okręcając się w pasie trzy razy, możemy gwizdać przy gotowaniu, czy zazdrościć jej po cichu niezmąconego spokoju. Wygląda na to, że Tove Jansson w pewnym momencie zauważyła, że stworzyła coś, co ludzie zaczynają uznawać za wzór. Jak widać, w ostatniej książce cyklu stanowczo odradziła nam i bezrefleksyjne naśladowanie, i skłanianie innych do naśladownictwa – niech każdy będzie tym, kim jest, bo dla każdego jest miejsce – takie jest przesłanie tej historii. Wprost przesyca ją duch wolności i szacunku dla różnorodności ludzi, a dyskusja z rolą kobiety w społeczeństwie jest w niej prowadzona otwarcie. Jest to także instruktaż, jak czytać Muminki, jak się nimi inspirować, żeby nie zrobić sobie krzywdy.
Nie złośćmy się na Mamę Maminka, gdy nie krzyczy na Tatę. Mama Muminka nie „ustępuje”, tylko jest sobą. Pozwala próbować i błądzić, wspiera lub tylko towarzyszy, nigdy nie ingeruje, a zdarzenia i rzeczy widzi w porządku innym niż ogólnie przyjęty. 

Mama Muminka kiwnęła głową potakująco. Siedziała z pyszczkiem pochylonym nad taflą wody i patrzyła na dno.
- Tam leży coś błyszczącego – powiedziała.
- To twoja złota bransoletka – odparł Muminek. – I naszyjnik Panny Migotki. Czy to nie jest dobry pomysł?
- Wspaniały – przyznała Mama – odtąd zawsze będziemy trzymać naszą biżuterię w brązowej źródlanej wodzie. Tu wygląda o wiele ładniej.
Co jest ważniejsze? 
Piękny widok i docenienie czyjegoś odkrycia, czy cena złota, które nie jest Muminkom konieczne do egzystencji? 
Co jest ważniejsze? 
Pokonanie przez Tatę ciężkiego psychicznego kryzysu, czy trudności, jakie z jego powodu musi pokonać rodzina? 
Czy  rozmowa, którą odbyła Mama z Tatą po powrocie z namalowanego ogrodu, z której jasno wynika, że jeśli Tatuś chce budować życie na nowo, to na nowo będzie musiał zdobyć swoją partnerkę, jest mniej skuteczna od kłótni? 

Nie popełniajmy błędu Homka 
 – Mama nie jest tylko dla rodziny, jest dla siebie. Ale wybiera rodzinę, dlatego że to na niej jej zależy. Pozwólmy jej być sobą.

Nie popełniajmy błędu Filifionki 
 – nie każda osoba rodzaju żeńskiego musi być taka jak Mama Muminka i nie musi jej zależeć na tym samym. Bądźmy sobą. 
   
A Paszczakom, którzy nam chcą zorganizować życie na swoje sposoby, pokażmy figę.





Anna Janikowska
Ilustracje: Copyright Moomin Characters TM
Cytaty pochodzą z książek Tove Jannson z serii o Muminkach, wydanych przez wydawnictwo Nasza Księgarnia.
„Zima Muminków”, tłum. Irena Szuch – Wyszomirska
„Lato Muminków”, tłum. Irena Szuch – Wyszomirska
„Tatuś Muminka i morze”, tłum. Teresa Chłapowska
„Dolina Muminków w listopadzie”, tłum. Teresa Chłapowska

14 lipca 2012

Rozmowa


Ciało mówi do duszy: Jestem tu — w tych światach,
Gdzie i ty się zbłąkałaś. Ta sama nam droga.
Spojrzyj tylko: woń wdycham, tarzam się we kwiatach,
Ocieram się o słońce, o sen i o Boga,
O którym mówisz zawsze ze smutkiem, jakgdyby
Smutek był wiarą... Spojrzyj: jestem teraz w lesie,
Bawią mię złote bąki i czerwone grzyby
I to, że drzewom wokół tak zielenić chce się!
Jeśli wolisz — każ mi się zapodziać na łące,
A zobaczysz, jak zaraz swoją białość zmącę
Purpurą rośnych maków, których dotyk nagły
Budzi szczęście i życie tak jasno tłomaczy!
Niech mię tylko po oczach kłos uderzy smagły,
A już świat się rozwidnia i wiem, co świat znaczy.
Nie przeszkadzaj mi wiedzieć! Milcz, dopóki drzewa
Szumią, dopóki pachnie jałowiec i mięta!
Milcz! Nie mówi się prawdy, lecz bez słów się śpiewa.
Kłamie ten, co zna słowa, a nut nie pamięta.
Jam z tych światów, gdzie w ogniu grzech, śpiewając, pląsa.
Gdzie płoną piersi, wargi i kły, chciwe strawy, —
Gdzie róża, krwią nabiegła, lilję białą kąsa,
I gdzie jeszcze brzmi w słońce zielony wrzask trawy!
Nie tłum owego wrzasku! Nie nęć mię w mrok głuszy!
Nie gardź mną, nie opuszczaj! — Porzuć swe zaświaty
Dla wspólnych zabaw ze mną!” — Tak ciało do duszy
Mówi, a dusza — nikła i płochliwa mara —
Słucha jego poszeptów i przez łzy się stara
Kochać te same kwiaty, rwać te same kwiaty...



 Bolesław Leśmian

Obraz  Elżbieta Mozyro

9 lipca 2012

Rozmowy z Bogiem .......

  – o  ..... miłości i zazdrości 

Wyzbądź  się przekonania, że twoje szczęście zależy od czynników wobec ciebie zewnętrznych, a wyzbędziesz się zazdrości
Pozbądź się myśli, że w miłości chodzi o to, co otrzymujesz w zamian za to, co dajesz, a pozbędziesz się zazdrości. Rozstań się z roszczeniami co do czasu, sił lub miłości drugiej osoby, a rozstaniesz się z zazdrością.

Tak, ale jak to zrobić?
Nadaj swojemu życiu nowy sens. Zrozum, że jego cel nie ma nic wspólnego z tym, co możesz z niego wynieść, ale mnóstwo wspólnego z tym, co możesz do niego wnieść. To samo dotyczy związków.
Celem życia jest stwarzanie siebie na nowo, w następnym najwspanialszym wydaniu najszczytniejszej wizji siebie, jaka kiedykolwiek ci się zamarzyła. Ogłaszanie i ucieleśnianie, wyrażanie i spełnianie, doświadczanie i poznawanie swej prawdziwej istoty.
Nie wymaga to udziału innych ludzi – ani tej drugiej szczególnej osoby. Dlatego można kochać innych nie żądając od nich niczego.
Myśl, że można być zazdrosnym o czas, jaku twoi ukochani spędzają grając w golfa, w biurze czy też w ramionach innej osoby, możliwa jest tylko wtedy, jeśli wyobrażasz sobie, że twoje szczęście doznaje uszczerbku, kiedy jest szczęśliwy ten, kogo kochasz.
Chwileczkę. Czy to znaczy, że nie powinniśmy odczuwać zazdrości nawet wtedy, gdy nasz partner spędza czas w ramionach innej osoby? Chcesz powiedzieć, że niewierność jest w porządku?
Nie ma czegoś takiego jak w porządku i nie w porządku. To są wyznaczniki, które sami ustalacie. „Tworzycie je – i zmieniacie – na miarę swojego rozwoju.
Odzywają się głosy, że na tym właśnie po lega problem dzisiejszego społeczeństwa: że jesteśmy nieodpowiedzialni pod względem duchowym i społecznym. Zmieniamy swoje wartości pod wpływem chwili, dostosowujemy je do swoich celów.
Oczywiście. W ten sposób życie toczy się naprzód. Gdybyście tego nie robili, życie nie mogłoby posuwać się do przodu. Nie dokonałby się żaden postęp. Czy naprawdę chcecie bez końca obstawać przy dawnych wartościach?
Niektórzy chcą.
Chcą wieszać kobiety na placu, jako domniemane wiedźmy, co miało miejsce zaledwie kilka pokoleń wstecz? Chcą, aby kościół wysyłał żołnierzy na krucjaty by wycinać w pień tych, którzy nie wyznają jedynej Prawdziwej Wiary?
Posługujesz się historycznymi przykładami zachowań, które wynikały ze źle pojętych wartości, a nie z dawnych wartości. Wyrośliśmy już z tego.
Czyżby? A przyglądałeś się ostatnio światu? Ale to zupełnie inna historia. Trzymajmy się tematu.
Zmienianie uznawanych wartości świadczy o dojrzewaniu społeczeństwa.
Przechodzicie jako społeczeństwo do kolejnego, wyższego etapu.
Zmieniacie swoje wartości, albowiem zbieracie nieustannie nowe informacje, otwieracie się na nowe doświadczenia, rozważacie nowe koncepcje, odkrywacie nowe spojrzenia na rzeczywistość i dzięki temu wciąż na nowo siebie definiujecie.
To oznaka rozwoju, a nie odpowiedzialności.
Wyjaśnijmy to sobie. Czy jest oznaką rozwoju nieprzejmowanie się tym, że nasz partner rzuca się w cudze ramiona?!
Jest oznaka rozwoju niedopuszczenie do tego, aby odebrało to wam spokój ducha. Zburzyło całe wasze życie. Doprowadziło do samobójstwa albo zabójstwa. Wszystko to niestety zdarzało się z tego powodu. Nawet dziś niektórzy z was uśmiercają innych, a większość uśmierca swoją miłość z tego powodu.
Cóż, zabijania, rzecz jasna, nie pochwalam, ale czy można ocalić swoją miłość, jeśli twój ukochany kocha jednocześnie inną osobę?
To, że kocha inna osobę, nie znaczy, że nie kocha ciebie. Czy musi kochać tylko i wyłącznie ciebie, aby była to prawdziwa miłość? Czy tak to sobie wyobrażacie?
Tak, do ciężkiej cholery! Tak odpowiedziałoby wielu ludzi. Tak, do ciężkiej cholery.
Nic dziwnego, że tak trudno pogodzić się wam z tym, że Bóg kocha wszystkich równo.
Cóż, większość ludzi potrzebuje w jakimś stopniu poczucia bezpieczeństwa. Bez tego, jeśli partner nam tego nie zapewni, miłość obumiera, czy tego chcemy czy nie.
To nie miłość obumiera, lecz potrzeba.
Decydujecie, że nie potrzebujecie już tej osoby. W istocie nie chcecie jej potrzebować, ponieważ jest to dla was zbyt bolesne. Postanawiacie więc: nie potrzebuję, abyś dalej mnie kochała. Idź i kochaj, kogo zapragniesz. Ja się stad wynoszę.
To właśnie się dzieje. Zabijacie potrzebę. Nie uśmiercacie miłości. W gruncie rzeczy są tacy, którzy noszą w sobie te miłość po wsze czasy.
Przyjaciele powiadają, że wciąż płonie w tobie ogień. Bo tak jest! To światło waszej miłości, płomień namiętności, nadal w tobie gorejący, dający blask widoczny dla każdego. Ale to nic złego. Tak powinno być – biorąc pod uwagę to, kim i czym, jak powiadacie, jesteście i co ogłaszacie jako swój wybór.
Czyli ktoś nigdy już się więcej nie zakocha, bo wciąż płonie w nim ogień dawnej miłości?
Dlaczego musi ustać miłość do jednej osoby, abyś mógł pokochać druga? Czy nie można kochać więcej niż jednej osoby naraz?
Na ogół nie. To znaczy, nie w taki sposób.
Chodzi ci o miłość erotyczna?
Nie, romantyczną. Miłość do towarzyszki życia. Ludzie potrzebują towarzysza na całe życie.
Kłopot w tym, że ludzie przeważnie mylą miłość z potrzeba. Myślą, że te dwa słowa i te dwa doświadczenia, są zamienne. A nie są. Kochać kogoś, a potrzebować kogoś, to dwie różne rzeczy.
Można kogoś kochać i jednocześnie go potrzebować, ale nie kocha się dlatego, że się kogoś potrzebuje. Jeśli kochasz kogoś, ponieważ go potrzebujesz, to wcale nie kochasz jego, tylko to, co tobie zapewnia.
Jeśli kochasz drugiego za to, kim jest, bez względu na to, czy daje ci to, czego tobie potrzeba, czy nie, wówczas prawdziwie miłujesz. Kiedy nie potrzeba ci niczego, wtedy dopiero może zaistnieć prawdziwa miłość.
Pamiętaj, miłość nie zna warunków, granic, potrzeb.
Tak kocham was Ja. Lecz wam nie mieści się w głowie odbieranie takiej miłości, ponieważ nie mieści się wam w głowie jej wyrażanie. Stad bierze się cała bieda na tym świecie.
Ale do rzeczy – zważywszy na to, że jak powiadacie, pragniecie stać się wysoko rozwiniętymi istotami, niewierność, jak to określasz, nie jest w porządku. Z tego względu, że się nie sprawdza.
Nie doprowadzi was tam, dokąd jak mówicie, zmierzacie.
Ponieważ niewierność oznacza nieprawdę, a w głębi duszy pojmujecie, że wysoko rozwinięte istoty żyją i oddychają prawda, czerpią z niej swój byt – zawsze i wszędzie i o każdej porze. Nie tyle mówią prawdę, co prawda.
Bycie istotą wysoko rozwiniętą oznacza bycie szczerym.
Przede wszystkim, szczerym wobec siebie samego, dalej, szczerym wobec drugiego, a następnie szczerym wobec wszystkich innych. Jeśli nie jesteś uczciwy w stosunku do siebie samego, nie jesteś uczciwy wobec innych. Tak wiec jeśli kochasz kogoś innego niż osoba, która życzy sobie, abyś kochał wyłącznie ją, musisz przedstawić sprawę jasno, szczerze, otwarcie, bezpośrednio i niezwłocznie.
I wtedy będzie to do przyjęcia?
Nikt nie ma obowiązku akceptować niczego.
W związkach pomiędzy wysoko rozwiniętymi istotami każdy po prostu żyje swoja prawdą – i każdy komunikuje swoja prawdę. Jeśli coś się komuś przytrafia, po prostu daje się temu wyraz. Jeśli coś jest dla kogoś nie do przyjęcia, po prostu mówi się o tym. Prawdę komunikuje się wszystkim o wszystkim, przez cały czas. To radosna ceremonia, nie uciążliwy obowiązek.
Prawdę powinno się świętować, nie wyznawać z konieczności. Ale nie można świętować prawdy, której nauczono cię wstydzić się. A nauczono cię wstydzić się tego, kogo, jak, kiedy i dlaczego kochasz. Wpojony ci wstyd za własne pragnienia i pasje, za uwielbianie czegokolwiek, od tańców, przez bita śmietanę, do innych ludzi.
Nade wszystko zaś naliczono cię wstydzić się miłości własnej. Lecz jak możesz pokochać drugiego, jeśli nie wolno ci kochać tego, który ma być tym kochającym? Przed takim właśnie dylematem stajecie, jeśli chodzi o Boga.
Jak możecie kochać Mnie, skoro nie wolno wam kochać swojej własnej istoty? Lecz  powiadam wam – po raz kolejny: wszyscy prawdziwi Mistrzowie głosili swoja chwałę i zachęcali innych do tego samego.
Wstępujesz na drogę ku swej chwale z chwila, kiedy wstępujesz na drogę ku swej prawdzie. A drogę te obierasz, kiedy obwieszczasz, że odtąd będziesz mówił prawdę zawsze, każdemu i o wszystkim, że będziesz żył swoja prawdą.
W takim oddaniu prawdzie nie ma miejsca na niewierność.
Lecz oświadczenie komuś, że kocha się innego, nie jest zdrada. Wręcz przeciwnie, to uczciwość.
A uczciwość to najwyższa forma miłości.

Idea zazdrości – Bóg, kobiety i wartości

Skąd twoim zdaniem wzięła się idea zazdrosnego Boga?
Próbowaliście z całych sił zaskarbić sobie Moja miłość. Próbowaliście zdobyć wyłączność. Rościliście sobie prawa do Mnie, i to bezceremonialnie. Głosiliście, że kocham was i tylko was. Wy jesteście wybranym narodem, wy jesteście narodem w Bożej pieczy, wy stanowicie jedyny prawdziwy kościół! I zazdrośnie strzeżecie tej pozycji, do jakiej sami siebie wynieśliście. Gdy ktoś mówi, że Bóg kocha wszystkich ludzi równo, akceptuje wszystkie wyznania, przygarnia każdy naród, wy nazywacie to bluźnierstwem. Powiadacie, że to bluźnierstwo, jeśli Bóg kocha inaczej, niż WY twierdzicie, że kocha.

George Bernard Shaw powiedział, że wszelkie wielkie prawdy na początku uznawane są za bluźnierstwo.
Miał racje.
Ta przesiąknięta zazdrością miłość jest Mi obca, niemniej tak właśnie postrzegacie Moja miłość, ponieważ w taki sposób Mnie kochacie.
W taki sam sposób kochacie siebie nawzajem i to was zabija. Dosłownie. Z zazdrości zabijaliście innych lub siebie.
Jeśli kochasz druga osobę, wymagasz, aby kochała ciebie i tylko ciebie. Jeśli kocha kogoś innego, wpadasz w zazdrość. A to jeszcze nie wszystko. Jesteś bowiem zazdrosny nie tylko o innych ludzi, jesteś zazdrosny również o prace, zainteresowania, dzieci, o cokolwiek, co odwraca od ciebie uwagę ukochanej osoby.
Niektórzy są zazdrośni nawet o psa czy o grę w golfa.
Zazdrość przybiera wiele kształtów. Ma różne oblicza. Lecz żadne z nich nie jest ładne.
Wiem. Kiedyś, gdy odczuwałem zazdrość o kobietę, w której byłem głęboko zakochany i dawałem temu wyraz, ona odparła cicho: “Neale, to nie jest zbyt zachęcająca część twojej osobowości”.
Nigdy tego nie zapomniałem. To było proste stwierdzenie faktu, bez emocji. Nie było napaścią czy pouczeniem. Ona wyartykułowała po prostu swoją myśl. Skutek był druzgocący.
To był wielki dar ze strony tej kobiety.

Owszem. Mimo to trudno mi było uporać się z zazdrością. Kiedy już myślę, że wreszcie się jej wyzbyłem, znów się we mnie odzywa. Jakby czekała w ukryciu. Nie zdaję sobie sprawy z jej obecności, mógłbym nawet przysiąc, że nie ma jej we mnie w ogóle. Aż tu nagle bum, pojawia się na nowo.
Sądzę, że teraz doświadczam jej w niewielkim stopniu, ale skłamałbym mówiąc, że nigdy nie odczuwam zazdrości.
Pracujesz nad tym, to wystarczy. Wiesz, z czym masz do czynienia, to dobrze.
Ale jak się jej pozbyć? Znam ludzi, którzy zupełnie wyzbyli się zazdrości. Jak im się to udaje? Ja też tak chcę!Czyżbyś był zazdrosny o ludzi, którzy nie odczuwają zazdrości? To ciekawe.[...]
Wyzbądź się przekonania, że twoje szczęście zależy od czynników wobec ciebie zewnętrznych, a wyzbędziesz się zazdrości. Pozbądź się myśli, że w miłości chodzi o to, co otrzymujesz w zamian za to, co dajesz, a pozbędziesz się zazdrości. Rozstań się z roszczeniami co do czasu, sił lub miłości drugiej osoby, a rozstaniesz się z zazdrością.

Tak, ale jak to zrobić?
Nadaj swojemu życiu nowy sens. Zrozum, że jego cel to nie tylko to – co możesz z niego wynieść, ale również to, co możesz do niego wnieść. To samo dotyczy związków.
Celem życia jest stwarzanie siebie na nowo, w następnym najwspanialszym wydaniu najszczytniejszej wizji siebie, jaka kiedykolwiek ci się zamarzyła. Ogłaszanie i ucieleśnianie, wyrażanie i spełnianie, doświadczanie i poznawanie swej prawdziwej istoty. Nie wymaga to udziału innych ludzi – ani tej drugiej szczególnej osoby. Dlatego można kochać innych nie żądając od nich niczego.
Myśl, że można byt zazdrosnym o czas, jaku twoi ukochani spędzają grając w golfa, w biurze czy też w ramionach innej osoby, możliwa jest tylko wtedy, jeśli wyobrażasz sobie, że twoje szczęście doznaje uszczerbku, kiedy jest szczęśliwy ten, kogo kochasz.
Albo że twoje szczęście zależy od tego, czy twoi ukochani spędzają każdą chwilę u twojego booku, a nie przebywają z kimś innym czy zajmują się czymś innym.
Dokładnie.

Ale chwileczkę. Czy to znaczy, że nie powinniśmy odczuwać zazdrości nawet wtedy, gdy nasz jpart-ner spędza czas w ramionach innej osoby? Chcesz powiedzieć, że niewierność jest w porządku?
Nie ma czegoś takiego jak w porządku i nie w porządku. To są wyznaczniki, które sami ustalacie. „Tworzycie je – i zmieniacie – na miarę swojego rozwoju.
Odzywają się głosy, że na tym właśnie po lega problem dzisiejszego społeczeństwa: że jesteśmy nieodpowiedzialni pod względem duchowym i społecznym. Zmieniamy swoje wartości pod wpływem chwili, dostosowujemy je do swoich celów.
Oczywiście. Ale w ten sposób życie toczy się naprzód. Gdybyście tego nie robili, życie nie mogłoby posuwać się do przodu. Nie dokonałby się żaden postęp. Czy naprawdę chcecie bez końca obstawać przy dawnych wartościach?
Niektórzy chcą.
Chcą wieszać kobiety na placu, jako domniemane wiedźmy, co miało miejsce zaledwie kilka pokoleń wstecz? Chcą, aby kościół wysyłał żołnierzy na krucjaty by wycinać w pień tych, którzy nie wyznają jedynej prawdziwej wiary?
Posługujesz się historycznymi przykładami zachowań, które wynikały ze źle pojętych wartości, a nie z dawnych wartości. Wyrośliśmy już z tego.
Czyżby? A przyglądałeś się ostatnio światu? Ale to zupełnie inna historia. Trzymajmy się tematu.
Zmienianie uznawanych wartości świadczy o dojrzewaniu społeczeństwa. Przechodzicie jako społeczeństwo do kolejnego, wyższego etapu. Zmieniacie swoje wartości, albowiem zbieracie nieustannie nowe informacje, otwieracie się na nowe doświadczenia, rozważacie nowe koncepcje, odkrywacie nowe spojrzenia na rzeczywistość i dzięki temu wciąż na nowo siebie definiujecie. To oznaka rozwoju.
Wyjaśnijmy to sobie.
Jest oznaką rozwoju nieprzejmowanie się tym, że nasz partner rzuca się w cudze ramiona?
Jest oznaka rozwoju niedopuszczenie do tego, aby odebrało to wam spokój ducha. Zburzyło całe wasze życie. Doprowadziło do samobójstwa albo zabójstwa. Wszystko to niestety zdarzało się z tego powodu.
Nawet dziś niektórzy z was uśmiercają innych, a większość uśmierca swoją miłość z tego powodu.
Cóż, zabijania, rzecz jasna, nie pochwalam, ale czy można ocalić swoją miłość, jeśli twój ukochany kocha jednocześnie inną osobę?
To, że kocha inna osobę, nie znaczy, że nie kocha ciebie. Czy musi kochać tylko i wyłącznie ciebie, aby była to prawdziwa miłość? Czy tak to sobie wyobrażacie?
Tak, do ciężkiej cholery! Tak odpowiedziałoby wielu ludzi. Tak, do ciężkiej cholery.
Nic dziwnego, że tak trudno pogodzić się wam z tym, że Bóg kocha wszystkich równo.
Większość ludzi potrzebuje w jakimś stopniu poczucia bezpieczeństwa. Bez tego, jeśli partner nam tego nie zapewni, miłość obumiera, czy tego chcemy czy nie.
To nie miłość obumiera, lecz potrzeba. Decydujecie, że nie potrzebujecie już tej osoby. W istocie nie chcecie jej potrzebować, ponieważ jest to dla was zbyt bolesne. Postanawiacie więc: nie potrzebuję, abyś dalej mnie kochała. Idź i kochaj, kogo zapragniesz. Ja się stad wynoszę.
To właśnie się dzieje. Zabijacie potrzebę. Nie uśmiercacie miłości. W gruncie rzeczy są tacy, którzy noszą w sobie te miłość po wszeczasy.

fragmenty książki Przyjaźń z Bogiem (kontynuacji Rozmów z Bogiem) N. D. Walscha

8 lipca 2012

T R Z Y ... Z A P A Ł K I

 
 
 
 TRZY ZAPAŁKI... - dla Ciebie :)

Pierwsza...
Pierwsza by zobaczyć twoje oczy
Druga...
Druga by zobaczyć twoje usta
Trzecia...
Trzecia po to by zobaczyć całą twoją twarz
Trzy zapałki kolejno, trzy zapałki kolejno
Zapalone nocą...

Pierwsza by zobaczyć twoje oczy
Druga...
Druga by zobaczyć twoje usta
I całkowity zmrok, aby wszystkiego nauczyć się na pamięć
Gdy obejmę cię, gdy obejmę cię
Swymi ramionami...

Pierwsza by zobaczyć twoje oczy
Druga...
Druga by zobaczyć twoje usta
Trzecia...
Trzecia po to by zobaczyć całą twoją twarz
Trzy zapałki kolejno, trzy zapałki kolejno
Zapalone nocą...


wiersz - J. Praeverta,  tł. K.I. Gałczyński

 


Pierwsza ...
Pierwsza by ...
Druga ...
Druga by ...
Trzecia ...
Trzecia by ...
Trzy zapałki kolejno, trzy zapałki kolejno
Zapalone nocą ...
 
 http://m.salon24.pl/76e7b5c685fd12d31cffa4dca126b818,2,0.jpg

4 lipca 2012

Łąka…

 
Czy pamiętasz, jak głowę wynurzyłeś z boru,
Aby nazwać mnie Łąką pewnego wieczoru?
 Zawołana po imieniu
 Raz przejrzałam się w strumieniu —
I odtąd poznam siebie wśród reszty przestworu.

Przyszły do mnie motyle, utrudzone lotem,

Przyszły pszczoły z kadzidłem i myrrą i złotem,
 Przyszła sama Nieskończoność,
 By popatrzeć w mą zieloność, —
Popatrzyła i odejść nie chciała z powrotem...

Kto całował mak w zbożu — nie zazna niedoli!
Trawa z ziemi wyrwana pachnie, lecz nie boli...
 Kocham stopy twoje bose,
 Że deptały kruchą rosę,
Rozróżniając naoślep chabry od kąkoli.

Niechże sen twój wędrowny zielenią poprzedzę!

Weź kwiaty w jedną rękę, a w drugą weź miedzę,
 Połóż kwiaty na rozstaju,
 Zwilżyj miedzę w tym ruczaju,
Co wie o mnie, że trawą brzeg jego nawiedzę.

Już słońce mimochodem do rowu napływa,
Skrzy się łopuch kosmaty i bujna pokrzywa, —
 Jeno pomyśl, że ci wolno
 Kochać łątkę i mysz polną
I przepiórkę, co z głuchym trzepotem się zrywa!

Idzie miłość po kwiatach — wadzi o twe ciało,

Zważaj, by ci przed czasem w słońcu nie zemdlało.
 W mojej rosie, w moim znoju
 Podostatkiem masz napoju
Dla wargi, przeciążonej purpurą dojrzałą.

Cień twej głowy do moich przybłąkał się cieni.

Wiem, że w oczach nie zdzierżysz tej wszystkiej zieleni,
 A co w oku się nie zmieści,
 To się w duszy rozszeleści!
Jeszcze dusza ci nieraz żywcem się odmieni.

Parna ziemia przez kwiaty żar dzienny wydycha,

Uschły motyl zesztywniał wśród jaskrów kielicha, —
 Oczarujmy się nawzajem,
 Zaskoczeni nagłym Majem, —
Maj się chyli ku nocy i miłość nacicha...
 Rumianki

Nie nacicha ta miłość, co nie zna rozłąki!

Usta moje i piersi spragnione są Łąki!
 Tam mój obłęd i ostoja,
 Gdzie ty szumisz, Łąko moja!
Jakże pachną rozprute według ściegów pąki!

Rosą zwilżyj mi rzęsy, skostniałe od skwaru,
Zgłuchłe uszy orzeźwij falą twego gwaru,
 A ja w kwiatach spodem dłoni
 Nauzbieram różnej woni
I omyję twarz spiekłą w źródłach twego czaru.

Nie przeciwiąc się trawom, obnażę się cały,

Aby mnie tchnienia twoje, jak wierzbę, przewiały,
 A ty paruj tym oparem,
 Co pokłębił się nad jarem,
Niby przed snem zrzucony twój przyodziew biały.

Ucałować mi rąbki tego przyodziewu,

Że pełen twojej woni i twego przewiewu,
 I zawiesić mi go potem
 Na tej brzozie popod płotem
I zamierać pod brzozą od własnego śpiewu.

Dzisiaj chatę zamiotłem w jedno okamgnienie,

Z czworga kątów różami wypłoszyłem cienie,
 A próg, zdobny pajęczyną,
 Namaściłem suto gliną
I wodą moje pylne skropiłem przedsienie.

Jużem sobie nie szczędził radosnych zabiegów,

Wypiekając chleb z mąki, srebrzystszej od śniegów,
 A tę ławę, tę — dębową
 Przesłoniłem chustą nową,
Co się cała zieleni, krom czerwonych brzegów.

Będę czekał na ciebie z dłonią na zasuwie,
Zasłyszawszy twój szelest, z nóg zdejmę obuwie,
 Wyjdę bosy na spotkanie,
 Śpiewający niespodzianie,
A, śpiewając, pomyślę, że pacierze mówię.

Wyślij pierwej z nowiną co najlichsze ziele,

Potem sama się przybliż z kwiatami na czele, —
 Pędząc przed się wonne kwiaty,
 Wnijdź do wnętrza mojej chaty.
Bo chcę tobie sam na sam opowiedzieć wiele.
 Przez łąki i pola

Weszłabym do twej chaty, gdy mgły się postronią,

Lecz nie wiem, czy się zmieszczę wraz z rosą i błonią.
 Pierwej z niebem posąsiaduj,
 Wszystkie cuda poodgaduj,
Nim napełnisz tę chatę miłością i wonią!

Jeszczem ja w żadnej chacie dotąd nie bywała,

Wiem tylko, że przez szyby widnieję — niecała.
 Jakże cała poprzez drogę
 Do twej chaty wbiegnąć mogę?
Od naporu zieleni runie ściana biała!

Nie umawiaj się ze mną pod żadnym jaworem,

Bym ciebie nie dosięgła szumem a przestworem, —
 To, co szum wyśpiewa gwarnie,
 Przestwór znajdzie i ogarnie!
A chata twoja stoi przede mną — otworem...

Mocniej zioła zapachną w cztery świata strony,
Gdy, zbliżywszy je do ust, spojrzysz w nieboskłony...
 Czy ta sama noc na niebie
 Osłoniła mnie i ciebie,
Czy dwie noce odmienne, dwie różne zasłony?

A jeżeli dwie różne o różnem przezroczu,

Nie pokładźmy ich przeto w rosie — na uboczu,
 Odmiennemi zasłonami
 Powiewajmy nad drzewami,
Byśmy siebie nawzajem nie stracili z oczu!

Ja tu — na dnie zieleni, pod powierzchnią rosy,

A ty tam, kędy dla mnie kończą się niebiosy,
 Czy się kończą, czy nie kończą, —
 Śpiewaj zowąd pieśń skowrończą,
Podzwaniając mi ostrzem rozbłyskanej kosy.

Kosą grozi twa miłość, co pożera kwiaty,

Sierpem zgarniasz do duszy mych maków szkarłaty,
 Lecz miłości się nie boję,
 Jeno w zgrozie ci dostoję,
Bo i Bogu jest słodki powiew mojej szaty!

Porwij-że mnie ku sobie, jeślić starczy mocy!

Lecz co pocznie beze mnie ten wicher sierocy?
 Chyba wstrzymam dla poznaki
 Popod chatą wszystkie maki,
Aby mógł mnie, gdy zechce, odnaleźć po nocy.

Makowe pole

Nie odnajdzie cię wicher, mrokiem ociemniały!

Rozweselił się błękit, gwiazdy pomłodniały!
 Opętały moją głowę
 Przywidzenia kalinowe,
Że rozkwitam tej nocy, niby krzew zuchwały.

A nie było na ziemi tak zmyślnego krzewu,

Noc się chwieje na strony od jego zachwiewu, —
 Wonna liściem i żywicą
 Stań-że, duszo, nad krynicą,
Spójrz, czyś dosyć podobna zielonemu drzewu?

Przystroimy się wzajem! Śpi w tumanie rzeka,

Śpi kałuża pod płotem, śpi sad i pasieka,
 Baczmyż przez ten wieczór cały,
 By się okna nie pospały
I drzwi chaty znużonej, co na radość czeka.

Przyjdzie radość tym szlakiem, który jej się zdarzy, —

Bądźmy zawsze gotowi i zawsze na straży.
 Księżyc utkwi ponad studnią,
 Gwiazdy w mroku się zaludnią
Snem, co jeszcze daleki, choć się zbliska marzy.

Za daleka mi byłaś wpośród kwiatów cienia

Łąko — zielona Łąko, szumna od istnienia!
 Chcę, byś była taka bliska,
 Jak ta łza, co gardło ściska,
Kiedy w niem się zapóźni śpiew twego imienia!

Zapóźniła się miłość, szukająca łona,
A któż taką spóźnioną na rosach pokona?
 Straszno łodzią w świat popłynąć
 I z miłości nie zaginąć
W tych falach, gdzie się tężą piersi i ramiona!

I w północnej ochłodzie dość dla mnie upału!

Idę, Łąko, ku tobie brzegiem mego szału.
 Ani zbrojny, ani konny,
 Z ramion twoich wyjdę — wonny
I duchem zroszonemu uśmiechnięty ciału!

Sama chata rozwarła drzwi oścież ku wiośnie,

Wnijdź-że teraz pociemku — nagle i zazdrośnie!
 Drzwi klonowe zamknę szczelnie
 I zaśpiewam nieśmiertelnie,
A potem spojrzę w ciebie nawskroś i bezgłośnie!
 

Byłoż owo, nie było? Opowiedz nam, bracie,

Co się nocy dzisiejszej działo w twojej chacie?
 Widzieliśmy, ludzie prości,
 Niepojętość Zieloności
Za oknami — na ścianach i na twojej szacie.

Mówimy śpiewający, bo łatwiej przy śpiewie

Mówić o tem, co było, a czego się nie wie...
 Psy, poległe nad potokiem,
 Poglądały ludzkim wzrokiem,
I wzrok ludzki był w gwiazdach i w tem ślepem drzewie.

A zasię w naszych oczach były gwiezdne znaki,
I nie mogliśmy poznać, gdzie ludzie, gdzie maki.
 Wszystko wokół było — gwiezdne
 I odlotne i odjezdne,
Gromadzące się w białe nad ziemią orszaki.

I zdawało się wszystkim, że coś w niebie woła,

A zielona się światłość jarzyła dokoła,
 Sny się wzajem pobudziły,
 Ludzkie ciała opuściły
I pobiegły śnić w kwiaty i w najmniejsze zioła.

W nagłym pląsie skrzypnęły wszystkie kołowroty,

Zahuczały te groble, śpiewne od niemoty,
 I w powietrzu było cudno,
 Niby ludno, choć bezludno,
Jakby w niem się roiło od świąt i tęsknoty.

A na przeciąg tej nocy za sennem zrządzeniem

Każdy przezwał się innem wobec gwiazd imieniem,
 Więc, gdy świt ozłocił dymy,
 Ujrzeliśmy, że klęczymy,
Nie wiedząc, jak i kiedy zdjęci zapatrzeniem.

Powiedz nam, co się stało w tem polu, czy w lesie,

Że się dotąd czujemy, jakoby w bezkresie,
 A wyjednaj nam u kwiatów
 Rozszerzenie ziemskich światów
Aż po owe oddale, dokąd oczom chce się...

I objaśnij nam potem słów śpiewną wspomogą,

Co rozbłysło w twej chacie ponad ciemną drogą?

 Czy ją naszła piękna zmora,
 Wykrzesana z wód jeziora,
Czy sen owy, co śni się w polu bez nikogo?
Łąka w okolicach Damasławka

Ani zmora z jeziora, ani sen skrzydlaty

Lecz Łąka nawiedziła wnętrze mojej chaty!
 Trwała ze mną na tej ławie,
 Rozmawiając głośno prawie, —
Na ścianach moich — rosa, na podłodze — kwiaty...

Nie grążyłem ja w niebie ni steru, ni wiosła,

Lecz mnie radość swym prądem zmiotła i uniosła.
 Wieczność ku nam znikąd zbiegła,
 U stóp naszych, warcząc, legła,
A pierś moja tej nocy chabrami porosła.

I było już wiadomo, że pułap sosnowy

Wonnym deszczem, jak obłok, pokropi nam głowy,
 Bo nie snem się sny płomienią,
 Jeno deszczem i zielenią, —
Duch mi zbłąkał się w ciele, jak wpośród dąbrowy.

Przeto Bóg, co mnie stworzył, zbladł podziwem zdjęty,

Żem uszedł jego dłoniom w tych pokus odmęty!
 W kształt mię ludzki rozżałobnił,
 A jam znów się upodobnił
Kwiatom i wszelkim trawom i źdźbłom gorzkiej mięty.

Nawołujcie się ludzie, pod jasnym lazurem,

Chórem w światy spojrzyjcie, zatrwóżcie się chórem!

 Miłość, wichrem rozpędzona,
 Wszystko złamie i pokona,
Zaś tych, co się sprzeciwią, w śnie skrępuje sznurem!

A opaszcie świat cały ścisłym korowodem,

Aby wam się nie wymknął, schwytany niewodem...
 Zapląsajcie, zaśpiewajcie,
 Pieśnią siebie wspomagajcie,
Toć wejdziemy w świat — próżnią, aby wyjść — ogrodem!

Niechaj dusza wam będzie błękitami czynna,

Stoi przed nią otworem ta jasność gościnna,
 Czegokolwiek zażądacie,
 To się zjawi w waszej chacie,
Bo nastała godzina taka, a nie inna...

Ludzie — mgły, ludzie — jaskry i ludzie — jabłonie,

Rozwidnijcie się w słońcu, boć napewno płonie!
 Dla mnie — rosa, dla mnie — zieleń,
 Dla was — nagłość rozweseleń,
A kto pieśni wysłuchał — niech mi poda dłonie!
Bolesław Leśmian


 



List miłosny

Pierre Bonnard List



















Trudno opisać zmianę, jaką wniosłeś w me życie.
Jeśli teraz żyję, przedtem byłam jak martwa,
Choć jak kamień nic sobie z tego nie robiłam
Trwając w miejscu zgodnie ze zwyczajem.
Nie przesunąłeś mnie o cal, wcale nie —
Ani nie zostawiłeś mnie, bym ku niebu wzniosła znów
Małe ślepe oko, oczywiście bez nadziei,
Że ujrzę tam błękit lub gwiazdy.

To nie było tak. Powiedzmy, spałam. Jakiś wąż
Skrył się wśród czarnych skał niczym czarny głaz
W białej szczelinie zimy 
Podobnie jak mych bliźnich nie cieszył mnie
Widok miliona doskonale wyrzeźbionych
Twarzyczek spadających wciąż, by stopić
Moje lico z bazaltu. One rozpłynęły się w łzach
Jak aniołowie opłakujący tępotę ludzkiej natury,
Lecz to nie przekonało mnie, a łzy zamarzły.
Każda martwa głowa wdziała przyłbicę z lodu.

A ja spałam jak zgięty palec.
Wpierw zobaczyłam przejrzyste powietrze
I krople zamknięte unoszące się w rosie
Przezroczyste jak duchy. Stos obojętnych
Kamieni leżał dokoła mnie.
Nie wiedziałam co z nimi począć.
Lśniłam łuskami miki i odwijałam się,
By niczym jakaś ciecz wypłynąć
Spomiędzy ptasich nóg i roślinnych łodyg.

Nie dałam się oszukać. Poznałam cię od razu.
Drzewo i kamień błyszczały bez cienia.
Moje długie palce stały się przejrzyste jak szkło,
Zaczęłam pączkować jak marcowa gałąź
Ręką i nogą, ręką i nogą.
Od kamienia ku chmurze, tak właśnie wstępowałam.
Teraz przypominam jakiegoś boga,
Gdy tak wzlatuję w powietrze w mym duchowym przebraniu
Czysta jak szyba z lodu. To prawdziwy dar.

SYLVIA PLATH
Tłum.: Teresa Truszkowska

1 lipca 2012

...do wszystkiego, co robisz, dodawaj odrobinę miłości...




Sekretne zioło Marthy 
Nie dawał Benowi spokoju za każdym razem, kiedy ten wchodził do kuchni. 
Ów maleńki metalowy pojemnik,http://linahome.pl/image_func.php?img=gfx/a7b9d95fc2f4485965165c6cfcc4ab31.jpg&maxwidth=200 stojący na półce nad piecem. Pewnie wcale nie zawracałby sobie nim głowy, może nawet w ogóle by go nie zauważył, gdyby Martha nie powtarzała mu wciąż, aby go nigdy nie dotykał. Powiadała, że znajduje się w nim pewne "sekretne zioło", które dostała od swojej matki. Obawiała się, że gdyby Ben lub ktokolwiek inny wziął pudełko do rąk i zajrzał do środka, mógłby je przypadkowo upuścić i rozsypać jego cenną zawartość, a sama nie znała sposobu, by je ponownie napełnić.

Pojemnik bynajmniej nie rzucał się w oczy. Był tak stary, że prawie zupełnie zaniknął już jego pierwotny czerwony i złoty roślinny ornament. Doskonale widać było na nim i na jego szczelnej pokrywce miejsca, za które był ciągle chwytany.

Oprócz Marthy, palce jej matki, jak również babki, zostawiły na nim swoje ślady. Martha nie była do końca pewna, ale podejrzewała, że nawet jej prababka używała tego samego pudełka i jego "sekretnego zioła".

Ben wiedział tylko, że wkrótce po tym, jak poślubił Marthę, jej matka przyniosła pojemnik i przykazała jej, by otaczała jego zawartość szczególną troską.

Co też Martha pieczołowicie robiła. Ben nie widział nigdy, żeby podczas gotowania jakiejkolwiek potrawy zapomniała zdjąć pojemniczek z półki i posypać składniki odrobiną "sekretnego zioła". Dodawała szczyptę nawet do tortów, placków i ciasteczek.

Cokolwiek znajdowało się w tym pudełku, z pewnością zdawało egzamin, ponieważ Ben był święcie przekonany, że Martha jest najlepszą kucharką na świecie. Nie był bynajmniej odosobniony w swej opinii, bo każdy, kto tylko posmakował jej potraw, wysławiał je pod niebiosa.

Ale dlaczego nie pozwalała mu dotknąć tego pojemniczka? Czy naprawdę obawiała się, że może rozsypać jego zawartość? Jak wyglądało to "sekretne zioło"? Było tak niezwykłe, że tylko kiedy Martha okraszała nim jedzenie, Ben nieodmiennie wyczuwał jego woń. Musiała, oczywiście, używać owej przyprawy bardzo oszczędnie, ponieważ nie sposób było ją ponownie zdobyć.

Martha zdołała wszakże jakoś nie wyczerpać zapasów przez trzydzieści lat ich małżeństwa. W ciągu całego tego czasu, ilekroć dochodził do niego aromat ziół, ślinka sama napływała mu do ust.

Coraz bardziej kusiło Bena, żeby choć raz zajrzeć do pudełeczka, ale nigdy tak do końca nie zebrał się na odwagę.

Pewnego dnia Martha zachorowała. Ben zawiózł ją do szpitala, gdzie musiała pozostać na noc. Po powrocie dom wydawał mu się przygnębiająco pusty. Martha nigdy przedtem na tak długo go nie opuszczała. Kiedy zbliżała się pora kolacji, nie bardzo wiedział, co ma począć - jego żona gotowała tak wyśmienicie, że sam nie musiał się tego uczyć.

Gdy wreszcie zabłąkał się do kuchni, żeby zobaczyć, co też może być w lodówce, od razu rzucił mu się w oczy pojemnik. Przyciągał go niczym magnes - rozejrzał się niepewnie dokoła, ale ciekawość nie dawała mu spokoju. Przynaglała go.

Cóż mogło znajdować się w tym pudełku? Niby dlaczego miał go nie dotykać? Jak wyglądało to "sekretne zioło"? Ile go jeszcze pozostało?

Ben ponownie objął spojrzeniem otoczenie i podniósł pokrywkę olbrzymiej tortownicy, która stała na stole. Ach... została ponad połowa smakowitego wypieku Marthy. Odkroił ogromną porcję ciasta i usiadł na krześle. Zdążył jednak wziąć tylko jeden kęs, kiedy jego wzrok znowu powędrował do pojemnika. Cóż takiego by się stało, gdyby zerknął do środka? A w ogóle to dlaczego Martha otaczała go taką tajemnicą?

Ben wziął do ust kolejny kawał tortu i staczał ze sobą wewnętrzną walkę - powinien czy nie powinien? Przez następne pięć kęsów myślał o tym gorączkowo, wpatrując się w pudełko. W końcu nie mógł się już dłużej powstrzymać.

Przeszedł wolno przez kuchnię i ostrożnie zdjął pojemnik z półki. Bał się śmiertelnie, aby przypadkiem nie rozsypać jego bezcennej zawartości. Postawił go na stole i delikatnie podważył wieko. Nie śmiał od razu zajrzeć do środka. Kiedy wreszcie ukazało mu się wnętrze pojemnika, oczy rozszerzyły mu się ze zdziwienia - był pusty... z wyjątkiem maleńkiego zwiniętego skrawka papieru na dnie.

Ben z trudem wcisnął swoją dużą dłoń do pudełka, żeby wyciągnąć karteczkę. Ujął ją za róg, wyjął i rozwinął powoli pod światłem lampy kuchennej.

Widniało na niej zaledwie parę słów, umieszczonych tam, jak to Ben natychmiast rozpoznał, przez matkę Marthy. Było na niej po prostu napisane: "Martho, do wszystkiego, co robisz, dodawaj odrobinę miłości".


Ben przełknął głośno kęs, odłożył notatkę, postawił pojemnik na półce i na powrót zasiadł do tortu. Wiedział już teraz, dlaczego tak bardzo mu smakuje.

Autor nieznany